Rywalizacja na sterydach

W pogoni za wielkością, sławą i zwycięstwami sama ciężka praca i dobry plan treningowy czasem nie wystarczą. Po osiągnięciu granic swoich możliwości, jedyne co pozostaje to skorzystać ze wspomagaczy – dopingu.
Czy jest to niesprawiedliwe i wbrew duchowi sportu?
Nie, gdy wszyscy też z niego korzystają.

Tekst: Paweł Pawłucki

Powszechne kontrole antydopingowe w profesjonalnym sporcie wydają nam się obecnie oczywiste. Przyjmujemy za pewnik to, że sportowcy nie korzystają z niedozwolonych substancji, a gdy ktoś zostanie na tym przyłapany – czeka go surowa kara. Jasne, zdajemy sobie też sprawę z tego, że niektórzy zawodnicy lub nawet całe kraje (np. Rosja) mogą mieć do tego inne podejście, jednakże w takim przypadku decyzja jest tylko jedna. Wspomagasz się chemią? Zostajesz zdyskwalifikowany. Jak się jednak okazuje, nie każdy sport trzyma się tego przykazania.

 

Zwycięzcy SBFF SM 2019 Classic Bodybuilding Junior – fot. Wikipedia Commons

 

Jasna czy ciemna strona mocy?

Mowa tutaj o szeroko pojętej kulturystyce – zarówno tej amatorskiej jak i profesjonalnej, a dokładniej o nietestowane zawody, które cechują się największą rozpoznawalnością i uznaniem fanów. Istnieje co prawda grupa zawodów dla naturalnych zawodników, czyli takich, którzy unikają brania niedozwolonych substancji. Nie są one jednak równie rozpoznawalne, a nagrody w nich przewidziane są znacznie mniejsze – naturalny bodybuilding można nazwać wręcz niszowym. W tym sporcie sposoby testowania możemy podzielić na trzy ogólne kategorie – brak testowania, testowanie tylko przed samymi zawodami oraz te najbardziej kompleksowe – gdzie pracownik organizacji antydopingowej może zapukać zawodnikowi do drzwi w każdym momencie. Tylko ta ostatnia opcja zapewnia jakąkolwiek skuteczność w wykrywaniu osób, które używają niedozwolonych substancji. Braku testowania nie trzeba komentować, natomiast testowanie przed zawodami zostawia duże pole do nadużyć i po prostu „schodzenia” z konkretnych substancji na sam czas zawodów. W końcu można wspomagać się i suplementować testosteronem przez 11 miesięcy w roku tylko po to, żeby na sam czas zawodów z niego zrezygnować – test wyjdzie czysty, a zawodnik uzyska znaczną korzyść z korzystania z niego. No ale właśnie, o testosteronie każdy słyszał – jednak jak on działa i czy jest jedyną substancją, z której się korzysta?

Sterydy to nie wszystko

Gdy myślimy o niedozwolonych substancjach w kontekście bodybuildingu, pierwsze co przychodzi nam do głowy to sterydy, a dokładniej steroidy anaboliczne – bo to substancje zaliczane do tej grupy pomagają w przyroście tkanki mięśniowej. Przyśpieszają one dzielenie się komórek tworzących niektóre tkanki w ciele człowieka, co może znacząco wspomóc przyrost masy mięśniowej. Jednym z takich naturalnych steroidów jest właśnie testosteron – męski hormon płciowy. W badaniach wykazano, że osoby go przyjmujące, nawet bez ćwiczeń, na przestrzeni 6 tygodni doświadczyły takiego samego, a w niektórych przypadkach nawet większego przyrostu masy mięśniowej niż grupa, która regularnie trenowała, a nie korzystała z dodatkowej pomocy testosteronu. Oczywiście grupa, korzystająca z obu tych rzeczy, osiągnęła najlepsze rezultaty. To jednak pokazuje tylko, jak skuteczne potrafią być substancje wspomagające. Kolejną grupą, bardziej zróżnicowaną, ale też taką o której niewiele się mówi, są SARMs (Selective Androgen Receptor Modulators) – działają na innej zasadzie i w założeniu mają unikać części skutków ubocznych steroidów, natomiast przyjmowanie ich w dawkach, które wspomagają przyrost masy mięśniowej jest obecnie równie niebezpieczne, co klasyczne anaboliki.

 

Zwycięzcy SBFF SM 2019 Classic Bodybuilding Veteran +50 – fot. Wikipedia Commons

 

Mr. Olympia

Największą i najbardziej rozpoznawalną imprezą w bodybuildingu jest Mr. Olympia. Jest to niejako odpowiednik Mistrzostw Świata. International Federation of BodyBuilding and Fitness (IFBB) zostało zresztą w 1998 r. uznane przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski jako pełnoprawna federacja. Przed 2002 r. ta decyzja została jednak wycofana – między innymi ze względu na problemy z testowaniem zawodników oraz trudności w ocenianiu. Mr. Olympia jest turniejem organizowanym przez IFBB i ma miejsce każdego roku – by się na niego zakwalifikować trzeba albo uplasować się w czołowej piątce poprzedniej edycji Mr. Olympii, albo wygrać jeden z turniejów kwalifikacyjnych, które są również organizowane przez IFBB. Głównym kryterium oceny w kategorii open jest wielkość masy mięśniowej, chociaż „docięcie” i niski poziom tkanki tłuszczowej są, co oczywiste, niezbędne, aby dobrze się zaprezentować. By zmienić podejście i nie gloryfikować tak masy mięśniowej, w 2016 stworzono kategorię Classic Physique, w której to uczestnicy są zmuszeni ograniczyć swoją wagę do konkretnej wartości zależnej od ich wzrostu. Większą uwagę zwraca się na symetrię i proporcjonalność zbudowanej sylwetki. Mr. Olympia są, w teorii, zawodami testowanymi pod kątem niedozwolonych substancji, chociaż w rzeczywistości nikt tego nie egzekwuje. Wystarczy tylko rzut oka na uczestników, żeby zdać sobie sprawę, że nie są to mięśnie które można zbudować bez substancji wspomagających. Wypracowany został więc konsensus, w którym organizatorzy turnieju po prostu odwracają wzrok od problemu i udają, że SARMS czy sterydy nie istnieją. Dlaczego wybrali takie rozwiązanie zamiast, jak w pozostałych sportach, zacząć zwalczać doping?

Chodzi o pieniądze…

Zawody są bardzo atrakcyjne dla reklamodawców i całej branży fitness ze względu gigantyczne i wręcz szalone sylwetki uczestników. Bez przyzwolenia na doping, zawodnicy byliby znacznie mniejsi i mniej oddziaływaliby na wyobraźnię oglądających. Poza tym – co to byłby za Mr. Olympia, któremu dorównywać może osoba z lokalnej siłowni? Wielomilionowy biznes, jakim jest branża fitness, szczególnie w Ameryce, musi się kręcić i potrzebuje do tego nierealistycznie dużych osób z jednocyfrowym poziomem tkanki tłuszczowej – osób o sylwetkach nieosiągalnych dla zdecydowanej większości populacji. A że robi to kosztem zdrowia zawodników? Można powiedzieć, że to po części ich wybór, którego nie wszyscy żałują. W końcu poczucie bycia najlepszym w czymś, czemu poświęciło się spory kawałek życia, jest warte poświęceń. Jeśli chcesz być najlepszym w tym sporcie, jesteś skazany na doping.