Muzyczne podsumowanie roku 2020

Ten szalony rok dobiega wreszcie końca. Redaktorzy działu Muzyka przygotowali z tej okazji subiektywne podsumowanie najlepszych i najciekawszych płyt 2020.

Jessie Ware What’s Your Pleasure?

Rozkosz. Ostatni szczebel w drabinie odczuwania przyjemności. Na nowym albumie Jessie Ware pyta o to, co jest nią dla ciebie. Przy okazji na twoją szyję i piersi nakłada brokat i wprowadza do wyimaginowanego klubu, w którym ciemność rozjaśnia lekkie światło reflektora. Pada na ciebie i osobę, której pewnie już więcej nie zobaczysz, ale z którą na pewno przeprowadzisz taneczny dialog. Bo What’s Your Pleasure? brzmi, jakby słowa przebiegały tylko w twojej głowie – całą treść przekazują ruchy ciała. Pełen splendoru, ale bez niepotrzebnej głębi. Przesłanie jest jasne – tańczcie, kochajcie się, tylko namiętnie! Musicalowy Spotlight nadaje swego rodzaju pozytywnej teatralności całej płycie. Jest ona odczuwalna dzięki zharmonizowanym smyczkom oraz pełnym delikatności i powietrza głosie Jessie. Szczególnie przejawia się to w trochę mrocznej i na pewno dramatycznej balladzie The Kill, której nie da się odmówić filmowego charakteru. Z lekkim optymizmem pojawiającym się pod koniec, przechodzi ona w trafne, pompatyczne podsumowanie klimatu płyty – Remember Where You Are. Harmonia przejawia się również w spójności melodii i artykulacji, co jest szczególnie charakterystyczne dla Soul Control czy Step Into My Life, przy których nie da się powstrzymać swojego ciała przed tańczeniem w rytm sylabizowania Jessie. Siostrzane Ooh La La i Read My Lips wprowadzają charakterny i zaczepny bas, który sprawnie ilustruje ich treść. Inny rodzaj pompatyczności przejawia się w house’owym Save A Kiss, który mimo oszczędności środków ubogacenia go, sprawia wrażenie hymnu ku czci pożądania dzięki chóralnym wokalom i budowaniu napięcia z mocnym bitem prowadzącym utwór. Tytułowe What’s Your Pleasure? korzysta z magii dosyć mrocznych synthów, które sprawiają, że utwór staje się wręcz bezczelny w swoim seksualnym podtekście.

Spocona muzyka – tak bym określił ten album w wielkim skrócie. Spocona od tańca, spocona od pożądania i seksu, spocona od rozkoszy. 

Autor: Jakub Białas

 

Yves Tumor – Heaven to a Tortured Mind

Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy mijający rok był nad wyraz szalony, czy paradoksalnie dosyć spokojny, w całej swojej beznadziei i tragizmie. Jeśli jednak zdecydujemy się na przyjęcie narracji numer jeden, Heaven to a Tortured Mind jest jej idealną muzyczną ilustracją. Yves Tumor swoją pasję zamknął w całkiem jasno określonych ramach – nie łapał się już całego przekroju gatunków, jak na poprzedniej płycie, a sięgnął po jawną inspirację swoim imiennikiem, Davidem Bowiem, ujawniającą się przede wszystkim w chwytliwych gitarowych riffach, wokalnej egzaltacji i gwiezdnym klimacie. Nie można też zapomnieć o świetnej gitarze basowej, która jest na tym albumie najważniejszym bohaterem drugiego planu. I być może teksty są trochę zbyt przejaskrawione, ale wpasowują się tym samym w urok sewentisowego glam rocka. Stanowią jednocześnie jedną z najskuteczniejszych form emocjonalnego eskapizmu – z pełnego zła i rozczarowań świata, prosto w niebiańskie objęcia gorącego uczucia.

Autor: Jacek Wnorowski

 

Fiona Apple Fetch the Bolt Cutters

Trudno o większą muzyczną aferę pierwszej połowy 2020 r. niż premiera Fetch The Bolt Cutters. I nie, bynajmniej nie ze względu na to, że od ostatniego albumu Fiony minęło prawie osiem lat, ani nawet nie przez bezpardonowy policzek wymierzony w utworze For Her drapieżcom seksualnym zasiadającym w amerykańskim Sądzie Najwyższym. Takie zagrania nie powinny zaskoczyć nikogo, kto usłyszał cokolwiek oprócz Criminal. Prawdziwą lawinę emocji wywołała jedna liczba. 17 kwietnia 2020 r. poniekąd renomowany Pitchfork opublikował recenzję Fetch The Bolt Cutters w rubryce Best New Music, przyznając albumowi okrągłą ocenę 10/10 – po raz pierwszy od notabene 10 lat. W muzycznym światku wybuchło piekło. Część fanów ogłosiła Fionę świętą za życia, oburzając się, że pewien jajogłowy recenzent raczył przyznać płycie jedynie 7/10. Inni demonstracyjnie „nie rozumieli fenomenu”, zastanawiając się, co jest rewolucyjnego w tym, że na albumie szczeka pies. Autorowi pozostaje natomiast czekać do 2029 r. na kolejną płytę.

Pod rozwagę: I Want You To Love Me, Fetch The Bolt Cutters, Cosmonauts, For Her.

Autor: Mateusz Skóra

 

Soko – Feel Feelings

Twoje serce waży około 300 gramów. Przez całe dzieciństwo miałeś niepohamowaną żądzę dawania ludziom miłości, ale w wieku czternastu lat przeżywasz swój pierwszy koniec świata i stwierdzasz, że już nie warto. Słyszysz We Might Be Dead By Tomorrow w reklamie PZU i zaczynasz płakać. Przez następne lata nieustannie roztrzaskujesz sobie głowę na chodnikach rzeczywistości, aż w końcu poznajesz osobę, która schyla się i wiąże ci buty tak, żebyś już się nie potykał. Dowiadujesz się, że Soko wypuściła pierwszy po sześciu latach album, oglądasz teledysk do Let Me Adore You, widzisz, jak uśmiechnięta obejmuje swój ciążowy brzuch, pośrodku kalifornijskiej puszczy i wzruszasz się. Kładziesz się na plecach obok nigdzie nieuwięzionej perkusji dreampopowej, zgarniasz z pościeli wszystkie samoprzytulające się psychodeliczno-popowe basy i dopasowane do nich, niczym zestaw koronkowej bielizny, dobroduszne, ale chropowate wokale Soko. Wyciągasz dłoń i kładziesz ją na klatce piersiowej, bo zdajesz sobie sprawę, że to właśnie przez palce odczuwa się bicie serca istot, w których dopatrujemy się stworzeń sobie równych; zaczynasz czuć uczucia. 

Autorka: Zuza Powaga

 

21 Savage & Metro Boomin – Savage Mode II

Okładka Savage Mode II projektu kultowego studia Pen & Pixel sugeruje hołd w stronę klasyków gangsta rapu lat 90., z południa Stanów. 21 Savage & Metro Boomin nie próbują jednak imitować poprzedników – wręcz przeciwnie. Sequel do pierwszego wspólnego wydawnictwa rapera i producenta oferuje świeże spojrzenie na throwbackowe brzmienia, zestawione z trapem najwyższej klasy. Savage jest w szczytowej formie – spluwa co chwila ekscentrycznymi ad-libami, chwytliwymi hookami czy mniej lub bardziej intencjonalnie śmiesznymi jednolinijkowcami. Wbrew pozorom warstwa liryczna jest tutaj dość istotna. Raper nawiązuje do swojego statusu nielegalnego imigranta (My Dawg), oznajmia chęć rewanżu na wrogach (Slidin, Brand New Draco), a także opowiada o swoich rozterkach miłosnych (Mr. Right Now, RIP Luv). Jeżeli to nie brzmi wystarczająco zachęcająco, to album ma jeszcze jednego asa w rękawie. Pomiędzy piosenkami pojawia się narrator, a w tę rolę wcielił się sam Morgan Freeman.

Autor: Maciej Kondraciuk

 

julek ploski Human Sapiens Ep

Pewnie znacie historię o biologach, którzy, sunąc w helikopterze nad bezdrożami stanu Utah, szacowali populację owiec kanadyjskich (łac. Ovis canadensis). Gdy tak lecieli, dostrzegli między czerwonymi skałami a rogami skaczących muflonów tajemniczy, metaliczny monolit. Sądzę, że każdy z nich na swój sposób zapamiętał ten moment, jako swoje intymne utożsamienie się z bohaterami 2001: Odysei Kosmicznej. Poczucie większej tajemnicy swojego człowieczeństwa ౼to, które nasz gatunek poznał w pierwszym momencie podrzucenia nad głowę kości. Niestety, mój rok 2020 nie obfitował w aż tak zadziwiające zjawiska – powiedzmy że nawet zazdrościłem tym naukowcom. I gdy tak przeglądałem (z jednoczesnym błyskiem fascynacji oraz zawiści w oku) zdjęcia trójkątnego słupa, umieszczone na socialach służb stanu Utah, skminiłem, że to dzień premiery nowego wydawnictwa od julka ploskiego. Od razu poczułem się lepiej.

O to właśnie chodzi w Human Sapiens Ep by pomimo wszystkich przeciwności, upokorzeń, szczucia na siebie i całego morza pomyj, przez które przeciągnął nas miniony rok, poczuć się troszkę lepiej, poczuć się bardziej ludzko. Julek stara się wybudzić nas z tego marazmatycznego letargu lub letargicznego marazmu, w który zostaliśmy wepchnięci po uszy. Faktycznie jest to mocne uderzenie, pełna ofensywa agresywnych sampli, kicków, hi-hatów, wprost w zawisłe nad nami widmo dehumanizacji. Próbuję sobie wyobrazić, jak wielki rave musiały odstawić ludziki w głowie julka ploskiego i trudno mi to pojąć intelektem. Na szczęście moje kończyny wiedzą jak się ruszać, bo takie Human from Nowhere czy My True Life po prostu fizycznie gną słuchacza. Sam jestem zszokowany, jak pobudza mnie to wydawnictwo.

Szczerze mówiąc przydałoby się, by osoby, które gadają od rzeczy, spędziły troszkę czasu z epką julka i zrozumiały, że w każdym z nas tańcuje Human Sapiens. Podsumuję tekst dwoma dość śmiałymi stanowiskami. Po pierwsze: Zbieżność dat premiery epki i publikacji zdjęć monolitu nie jest przypadkiem. Po drugie: Kocham Cię Koniu!

Autor: Antek Trybus

 

Charli XCX how i’m feeling now

Budzisz się w łóżku w kształcie serca, otulony ciepłą, różową kołderką. Ukochana osoba przynosi ci na złotej tacy kawę i polukrowane na różowo croissanty. Jest słodko aż do przesady, ale jednocześnie czujesz ogromny komfort, tak rzadki i potrzebny w czasach izolacji, samotności i lęku o własne życie. Pijesz kawę ౼ jest cudownie. Psycha powoli wstaje.

How i’m feeling now jest kolejnym owocem wieloletniej współpracy Charli XCX z producentem AG Cookiem, jednym z założycieli wytwórnio-kolektywu PC Music, którego nazwa stała się jednocześnie nazwą wykonywanego przezeń gatunku zglitchowanego, przeciągniętego poza granice możliwości hiperpopu. Po nieco słabszym albumie Charli duet powrócił do poziomu świetnego Pop 2 z 2017 r. Mamy jednak do czynienia z albumem na wskroś romantycznym, przepełnionym czułością. Jeśli Pop 2 był ostrą imprezą na ruinach internetu, to how i’m feeling now bliżej do kąpieli z bąbelkami w niebieskim świetle laptopa, który wpadł do wanny i lekko kopie nas prądem. 

Autor: Marek Kawka

 

Katie Gately Loom

Na Loom zacierają się granice pomiędzy brzmieniem organicznym a syntetycznym, piękno miesza się ze smutkiem, a teatralność z naturalizmem. Choć żałoba jest trudnym tematem do przekazania, Katie Gately podejmuje się tego wyzwania z wielką gracją, nadając temu stanowi zarówno dramatyzmu, jak i pewnej dostojności. 

Przylepienie albumowi jedynie art-popowej etykietki byłoby ostrym niedopowiedzeniem. Loom pełne jest nawiązań chociażby do muzyki klasycznej, darkwave’u czy post-industrialu. Całość tworzy quasi-dystopijny obraz życia, z jakim artystka musi się zmagać po utracie matki. Wyjątkowość tego albumu polega na przedstawieniu, jak można przekuć tragiczne wydarzenie w twór, który mimo smutku zachęca do afirmacji życia i doceniania bliskich, póki jeszcze są wśród nas.

Autor: Alex Makowski

 

Eartheater ౼ Phoenix: Flames Are Dew Upon My Skin

Delikatność i subtelność – tak z początku określiłabym najnowszy album Eartheater. Choć trudno tylko na tych dwóch określeniach poprzestać. 

Wiele eksperymentalnych dźwięków wkomponowano w aksamitne, cyfrowo przetworzone brzmienia fletu czy strun harfy, skrzypiec i gitary. Wydawałoby się, że główną inspirację artystki stanowi tutaj muzyka klasyczna, ale za sprawą gitary, na której gra techniką fingerpicking, album ma również minimalnie folkowy wydźwięk.

To wszystko, w połączeniu z nietuzinkowym wokalem Alexandry Drewchin, kreuje bardzo osobisty klimat, przypominający lament nad fałszywą miłością. Muzyka staje się zatem źródłem nostalgii i niełatwej do opisania słowami tęsknoty. 

Utwory z płyty w większości powstawały podczas dziesięciotygodniowego pobytu artystki w Saragossie w Hiszpanii, gdzie inspirację czerpała z natury, szczególnie zafascynowana geologią. Stąd też pojawiają się porównania życia oraz relacji międzyludzkich do aktywności ziemi jako żywego organizmu. Full of love. Full of lava. Volcano… Posłuchaj, a być może odrodzisz się, jak Phoenix z popiołów.

Autorka: Karolina Gos

 

Code Orange – Underneath

Code Orange, czyli jeden z najbardziej obiecujących zespołów metalcore’owych ostatnich lat, powrócił, aby udowodnić, że nie spocznie na laurach po wydaniu w 2017 r. świetnie przyjętego albumu Forever. Można było przypuszczać, że Underneath będzie pewnego rodzaju stylistyczną kontynuacją muzyki z poprzedniego krążka – w końcu po co zmieniać coś, co się sprawdza? Ku zdumieniu fanów, zespół obrał za cel inny kierunek, tym razem serwując potężną porcję industrialnego łomotu, wzbogaconego o elementy charakterystyczne dla muzyki elektronicznej. Mimo tego wciąż czuć, że jest to ten sam zespół, który trzy lata temu wdarł się na szczyt metalowych toplist. Code Orange udoskonaliło swoje mocne strony i zaszczyciło nas kakofonią brutalnego, lecz zarazem niezwykle przemyślanego dźwięku, którego dopracowane i świeże brzmienie można odebrać niemal jako rzucenie rękawicy weteranom gatunku. Underneath zawiera dużą dawkę solidnych breakdownów, ostrych riffów, growli, ale i sekcji śpiewanych przez gitarzystkę zespołu. Bez wątpienia jest to przełomowy album dla Code Orange, który potwierdza, że cały rozgłos uzyskany przez zespół w ostatnim czasie jest jak najbardziej zasłużony. 

Autor: Kuba Kołodziej

 

Shiran – جلسه صنعانيه مع شيران (Glsah Sanaanea with Shiran)

Pragnieniem jemeńskiej Żydówki Shiran było sięgnięcie do korzeni, głęboko osadzonych w ziemi jej przodków. W przeciwieństwie do pierwszej płyty artystki, Glsah Sanaanea zawiera wyłącznie kompozycje akustyczne, zaczerpnięte bezpośrednio z ludowych pieśni Jemenu. Odgrywane na tradycyjnych, ręcznie wykonywanych instrumentach, mogą stanowić pewne wyzwanie dla niewprawionego europejskiego ucha. Charakterystyczny dla ludności semickiej, trochę zachrypnięty głos, idealnie współgra z tekstami w języku arabskim, a ograniczenie obecności męskich głosów do chórków, pozostających „na drugim planie”, nadaje piosenkom nieco feministyczny wydźwięk. Album stanowi manifest pewnej epoki, która nastała wśród zamieszkującej Izrael ludności, wywodzącej się z rodzin, żyjących niegdyś w krajach arabskich. Nie ulega wątpliwości, że Glsah Sanaanea jest albumem przełomowym. Choć skierowany głównie do słuchaczy z Bliskiego Wschodu, z pewnością poszerzy horyzonty ciekawych świata Europejczyków.

Autorka: Aleksandra Marszałek

 

Molchat Doma Monument

Stworzony z poczuciem nadchodzącej apokalipsy – tak swój najnowszy album scharakteryzowali w redditowym Q&A członkowie zespołu Molchat Doma. Roman Komogorcew, główny kompozytor tria dodał, że nie jest w stanie słuchać własnego dzieła; dźwięki Monumentu wyciskają mu łzy z oczu. Album jest bez wątpienia obciążony potężnym ładunkiem emocjonalnym. Odróżnia się od swego poprzednika, przełomowego Этажи. Widać to już po okładce – zamiast tajemniczym, vintage’owym zdjęciem brutalistycznego hotelu, chłopaki z Mińska postanowili promować płytę wariacją na temat pomnika północnokoreańskiego socrealizmu w biało-szarych barwach. Jak potężny jest monument, tak potężny miał być Monument. W warstwie muzycznej usłyszymy głównie postpunkowe brzmienia charakterystyczne dla grupy. Wyraźniejsza jest jednak elektronika, momentami zahaczająca wręcz o synthwave. Do tego dochodzi taneczna Discoteque oraz piosenki, w których mocniej czuć ducha Wiktora Coja. To wszystko okraszają teksty o boleśniejszej stronie relacji międzyludzkich. Mimo dajże mi spokojnie utonąć, album nie jest pełen beznadziei. Prędzej odzwierciedla on szarą białoruską rzeczywistość, która zasadniczo przygnębia, ale jednocześnie jakoś da się w niej żyć.

Autor: Michał Wrzosek

 

TTRRUUCES TTRRUUCES

Dzięki temu, że Beatlesi udali się w muzyczną podróż, pod wpływem środków psychoaktywnych, możemy dziś umilać sobie wieczory płytą Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Czy ktoś kiedyś zastanawiał się, jak czuli się hipisi, śpiewający refren utworu Lucy in the Sky with Diamonds? Dziś już nie musimy się zastanawiać. Jules Apollinaire i Natalie Findlay po roku przygotowań wydali swoją debiutancką płytę, stanowiącą zwieńczenie ich psychodelicznej podróży. Założeniem brytyjskiego duetu była kreacja dwóch fikcyjnych bohaterów, poszukujących nowego narkotyku o nazwie TTRRUUCES, który zabierze ich w podróż odmieniającą umysł. Słuchając Bad Kids, I’m Alive, czy Stranger Now Forever odniesiemy wrażenie, że muzykom faktycznie udało się znaleźć tę substancję. Z tej magicznej podróży przywieźli nam pamiątki, w postaci kojących brzmień gitar, delikatnego wokalu Findlay i właśnie dzięki nim możemy się poczuć jak hipisi 60 lat temu. 

Autorka: Wiktoria Kolinko

 

Lady Gaga  Chromatica

Gaga nie stworzyła albumu – ona stworzyła całe uniwersum. Chromatica jest odległą planetą, więc przygotowania do podróży na nią rozpoczęły się już w 2013 r. Art Pop był etapem zbierania ekwipunku na ryzykowną, kosmiczną wyprawę. Przez siedem kolejnych lat widzieliśmy artystkę, krążącą gdzieś pomiędzy światem akustycznym a filmowym. Nie błądziła – te doświadczenia były jej potrzebne do przystosowania się do życia w nowych warunkach. Wydaje się, że w 2020 r. znalazła miejsce dla siebie, oprowadza więc nas po swojej rzeczywistości – dziwnej, futurystycznej, pełnej szybkich bitów. Czuje się tam swobodnie – rozbrzmiewający elektropop to dla niej środowisko naturalne. Chromatica nie jest jednak ciągle różowa – to historia w trzech aktach, podzielonych symfoniczno-orkiestralnymi interludiami, z których każdy ma zupełnie inną aurę. Pierwszy jest niezwykle energiczny, pozytywny, trochę eurowizyjny, drugi – to obnażający prawdziwą naturę artystki powrót do jej korzeni. Finałowy akt miał być nowym początkiem, pogodzeniem się z przeszłością i pełnym nadziei spojrzeniem w przyszłość. Chromatica nie jest pozycją idealną, ale wystarczająco interesującą, by wytłumaczyć jej streamingowy sukces.

Autorka: Paulina Wojtal

 

Taylor Swift – Folkore

Ósmy album Taylor Swift wpisał się w aurę 2020 r. Pojawił się niespodziewanie, wyłamał się z utartych schematów, pochłonął czas i uwagę słuchaczy oraz pobił dzienne rekordy odtworzeń na platformach streamingowych. 

Jeśli komuś Swift kojarzy się z popowymi piosenkami typowymi dla stacji radiowych, wielkimi trasami koncertowymi z milionem multimedialnych efektów bądź z tabloidowym splendorem – nie spotka jej takiej na tym albumie. Ta Taylor ma gitarę, bilet do malowniczej Krainy Jezior i (przypuszczalnie) dużo czerwonego wina pod ręką. Mocnym punktem albumu jest na pewno duet z Justinem Vernonem w balladzie Exile. Produkcyjna strona Folklore’u to dzieło Aarona Dessnera z The National, Jacka Antonoffa i samej piosenkarki, która, schodząc na bardziej alternatywną ścieżkę popu, zabrała ze sobą to, co zawdzięcza swoim początkom z czasów country – storytelling. Już główny singiel Cardigan stanowi pierwszą część tryptyku, opowiadającego historię pewnego miłosnego trójkąta, z perspektywy jego, jej i „tej trzeciej”, a na szczęście nie jest to jedyna muzyczna opowieść na płycie. Folklore dobitnie udowadnia, że Taylor Swift to przede wszystkim autorka tekstów, które kocha się nie tylko za narracje, ale również za sugestywne obrazowanie emocji. 

Folklore jest estetyczną bombką. Ładną, wysmakowaną w dźwiękach oraz kruchą w słowach – tak jak kruche potrafi być zaufanie, cierpliwość i serce.

Autorka: Malwina Krawiec

 

Dua Lipa Future Nostalgia

Choć Future Nostalgia przywitało się ze światem niemałym skandalem (wyciekiem do sieci przed premierą), jest uważany za jeden z lepszych albumów tego roku. Już pierwszy wers, wybrzmiewający w albumie, jest niejako zapowiedzią misji całej płyty: you want a timeless song, I wanna change the game. Można powiedzieć z czystym sumieniem: Future Nostalgia jest zdecydowanym przełomem w karierze Duy Lipy, która z gwiazdki popu staje się twórczą artystką, zaznaczającą mocno swoje cechy, bawiącą się muzyką i dającą nadzieję na nowy wizerunek współczesnego popu.
Cała płyta przypomina klimat lat 80., jednak z wyraźną domieszką futurystycznego disco, co dokładnie odzwierciedla sam tytuł albumu – Future Nostalgia. Jest to pomysłowa, solidnie napisana muzyka pop, opierająca się twardo na popowym dorobku lat 80. (w stylu np. Kylie Minogue, czy Madonny), lecz potrafiąca pociągnąć go w przyszłość, nadając mu powiewu świeżości i przede wszystkim – chroniąc od zbyt często kojarzonego z tym gatunkiem kiczu. Utwory zostały napisane w spójnym stylu, a na albumie ułożone są w odpowiedniej kolejności, tak, by nie zanudzić słuchacza, a także nie przytłoczyć go ilością ekspresji. Tematyka utworów – raczej lekka i typowa dla popu, czyli miłosna. Album jest o początkującym związku – burzliwym i ekscytującym. Artystka snuje domysły o uczuciach i zamiarach partnera. Poetyckie wyznania przeplatają się z pożądaniem i złością. Płyta wprowadza słuchacza w ożywienie i angażuje w opowiadaną historię. Dua pokazuje swoją silną osobowość w nonszalanckim, flirciarskim przekazie i wręcz autorytarnym wokalu, czego brakowało w jej poprzednim krążku. Artystka współtworzyła każdy z utworów, który znalazł się w albumie, stąd jego osobisty ton.
Dua Lipa zdecydowanie może nazwać ten rok „swoim”. Future Nostalgia zapewniła jej pozycję wśród najbardziej rozpoznawalnych artystek popu. Ta grupa od wielu lat pozostaje hermetyczna, więc jedynie olbrzymi sukces jest w stanie wynieść nowe nazwisko na czołówkę list przebojów, a tak właśnie dzieje się dziś w karierze Lipy.

Autorka: Karolina Niemirka

 

Grimes ౼ Miss Anthropocene

Powracająca ze swoim piątym albumem po, o ironio, pięcioletniej przerwie, kanadyjska artystka Claire Boucher, szerzej znana jako Grimes, swoją muzyką znów zachwyca oraz inspiruje, choć tym razem dokonuje tego uderzając w mroczniejsze tony niż na wydanym w 2015 r. Art Angels.

Album jest zróżnicowany i zbalansowany pod względem muzycznym – można nawet rzec, iż niezwykłość Grimes przy jego tworzeniu objawiła się w umiejętności połączenia utworów z rozmaitych gatunków w jeden krążek. Miss Anthropocene powinien spodobać się zatem zarówno tym, którzy preferują muzykę elektroniczną (na nich czekają między innymi witch-house’owe Darkseid czy cyberpunkowe 4ÆM), jak i przypaść do gustu osobom lubiącym spokojne nuty – ci powinni uwagę zwrócić zwłaszcza na oparte na gitarze Delete Forever, którego przesłanie zainspirowały po części wydarzenia z życia Claire.

Wartym uwagi jest również pozamuzyczny temat zmiany klimatu towarzyszący płycie. Pojawia się on już w jej tytule (nawiązującym jednocześnie do mizantropii i antropocenu), by następnie przewijać się w kolejnych kawałkach, zwłaszcza w synthpopowym Violence, który można zinterpretować jako utwór o toksycznym związku naszej planety z ludźmi.

Niezależnie zatem, czy już jest się fanem oryginalnego stylu Grimes, czy też dopiero poznaje jej muzykę, Miss Anthropocene to pozycja ciekawa i warta odsłuchania.

 

 Autor: Maciej Bystroń-Kwiatkowski

 

Ozzy Osbourne Ordinary Man

Pierwsza po dziesięcioletniej przerwie płyta Ozzy’ego Osbourne’a – Ordinary Man – zdecydowanie zaspokoi apetyt fanów na dobre hardrockowe i metalowe brzmienia. W pracę nad materiałem do dwunastego solowego albumu zaangażowane były takie gwiazdy jak Chad Smith i Duff McKagan, co sprawia, że słuchacz ma wrażenie, jakby słuchał klasycznego rockowego krążka stworzonego przez kumpli. Każdy utwór na płycie jest na swój sposób charakterystyczny. Jednymi z najlepszych są na pewno Under the Graveyard i Scary Little Green Men, gdzie spokojny początek kontrastuje z naprawdę energetycznym refrenem. Mocną pozycją na płycie jest też fantastyczne Straight to Hell, gdzie od początku słyszymy mocne riffy. Na płycie nie zabrakło również melancholijnych ballad takich jak Today Is The End czy tytułowy Ordinary Man. Kolejna bardzo dobra płyta Księcia Ciemności z dużą ilością gitary i basu, bez nadmiaru dźwięków elektronicznych, uwzględnia jednak niektóre nowoczesne techniki dźwiękowe, co pozwala jej balansować między klasyką a nowoczesnością.

Autorka: Izabela Król