Battle for the soul of nation

Pamiętam, jak cały w emocjach siadałem o drugiej w nocy przed telewizorem, by obejrzeć pierwszą debatę prawyborczą w partii Demokratycznej. 20 kandydatów. Pytanie, czy odnaleźli się po porażce w 2016 r.

Tekst: Rafał Michalski

Demokraci mieli od początku jeden cel – za wszelką cenę pokonać urzędującego prezydenta. Podczas primaries wręcz spopularyzowano termin electability  – który z  kandydatów jest najchętniej wybieralny. To w tym kontekście trzeba odczytywać nominację byłego wiceprezydenta w  administracji Obamy  – Joe Bidena. Nie porwał partii programem czy wybitnymi wystąpieniami. Demokraci zwyczajnie doszli do wniosku, że będzie miał największe szanse na zdobycie utraconego elektoratu.

Przywódca na czasy kryzysu

Prezydenturę Donalda Trumpa trudno określić jako spokojną, ale 2020 r. obnażył wszystkie jej słabości. Stany Zjednoczone nie były przygotowane na COVID-19, przez co dzisiaj mówimy o ponad 200 tys. ofiar śmiertelnych. Kiedy zaś wybuchły protesty po śmierci George’a Floyda, głowa państwa postanowiła odpowiedzieć na nie w sposób prowokacyjny i nieodpowiedzialny  – nazywając protestujących skrajnie lewicowym ekstremizmem czy grożąc użyciem wojska, do stłumienia zamieszek.

Zaufanie do prezydenta zaczęło spadać, a te dwa tematy zdominowały całą kampanię wyborczą i stały się podstawą narracji Bidena. Wizja dwóch prezydentur – tak mówił. Nie było miejsca na rzeczową dyskusję, merytoryczne spory. Programy skąpe w  konkrety, operowanie ogólnikami. Liczyły się emocje i ta sytuacja bardzo odpowiadała Bidenowi, który musiał zebrać jak najszersze grono wyborców. Mógł unikać tematów, które dzielą, jak np. stosunek do aborcji czy reformy społeczne. Odciął się od ruchu defund the police (ograniczenia wydatków na utrzymanie policji), a  zamiast rozszerzać kontrowersyjne Obamacare, zaproponował jego głęboką reformę i  rozszerzenie filaru publicznej opieki zdrowotnej, Bidencare.

Bardzo prosty przekaz: jestem liderem na trudne czasy. Adresatami jego słów stali się biali mieszkańcy przedmieść. Ci, którzy najbardziej obawiali się recesji i ta część elektoratu, która cztery lata temu wybrała Trumpa. Demokraci wrócili więc niejako do swych korzeni – ugrupowania nastawionego na ekonomię. Z drugiej strony był Trump, dla którego tegoroczne wybory oznaczały referendum: Czy Amerykanie chcą takiego kraju?. Była to ciągła defensywa  – krytykowali go nie tylko polityczni oponenci, ale też lekarze, naukowcy, dyplomaci. Nie miał więc miejsca na budowanie ruchu.

Wielkie słowa i większe wpadki

To nie była efektowna kampania. Starły się w niej dwa sposoby prowadzenia polityki. Z jednej strony Biden, którego działalność opierała się głównie na lokalnych spotkaniach, wydarzeniach zdalnych, czyli na kontakcie z wyborcą u podstaw. Jako polityk, znany był przez lata zarówno z  wielu niefortunnych wypowiedzi, jak i z ciągnących się za nim kontrowersji. Warto pamiętać, że od lat 70. utożsamiał się z konserwatywnym skrzydłem w partii Demokratycznej, a wyrażał poparcie m.in dla busing – tworzenia i utrzymywania oddzielnych placówek szkolnych dla dzieci czarnoskórych (których symbolem były autobusy, wożące do szkoły dzieci jedynie danego koloru skóry).

A obok tego był Trump i to już bardziej skomplikowana sytuacja. Tydzień w  tydzień amerykańska publika była świadkiem kolejnych afer, skandali i dyskusyjnych decyzji prezydenta. Fatalny i obśmiany przez internautów występ w  programie „Axios”, rzekoma obraza weteranów (losers), zatajanie przez Biały Dom daty pozytywnego wyniku testu na koronawirusa.

A debaty? Will you Shut Up Man? Bidena, które padło podczas pierwszej dyskusji, idealnie spuentowało pierwszy etap kampanii Trumpa, jak i jego cały występ w niej – głośny i agresywny.

Republikanom pomogły jednak dwie rzeczy. Nominacja Amy Coney Barret do Sądu Najwyższego (wakat po zmarłej Ruth Bader Ginsburg) wprowadziła naturalnie tematy bliskie tej partii. Przez chwilę zaczęto rozmawiać o reformach systemowych. Przez chwilę, bo sondaże Trumpa były coraz gorsze i gorsze. Nie pomagał nawet taniec do YMCA zespołu Village People ani rzekomy wyciek maili syna Bidena – Huntera, który miałby mieć powiązania z oligarchami moskiewskimi. Sztab Republikanów miał już tylko jeden pomysł – grę na polaryzację.

Nowy początek?

Na ten moment, wiadomo tyle, że Joe Biden zostanie prawdopodobnie 46. Prezydentem USA. Trudno stwierdzić, czy będą próby odwołania się do sądów ze strony sztabu Trumpa i jak będzie wyglądać przekazanie władzy. Patrząc na dane, jakimi obecnie dysponujemy, można już wyciągnąć pewne wnioski.

W  tegorocznych wyborach wzięła udział rekordowa liczba wyborców, a  sam Biden zdobył najwyższy wynik w popular vote w historii. Trump też nie może mówić o porażce – w tej statystyce plasuje się na drugim miejscu. To o wiele lepsze wyniki, niż zakładały sondaże (które znów mocno się myliły). Demokrata wypadł fatalnie na Florydzie, ale przy tym odzyskał Rust Belt i osiągnał naprawdę zaskakująco dobry wynik w Teksasie. Można zakładać, że jest to wynik bardzo neutralnej światopoglądowo kampanii oraz skupienia się głównie na sprawach gospodarczych i zdrowotnych.

Należy jeszcze krótko wspomnieć o  Senacie: rozczarowanie dla „Niebieskich”. Mimo ogromnych funduszy, nadal mogą nie odzyskać większości. Na szersze refleksje przyjdzie czas, lecz teraz można zauważyć pęknięcia w obu ugrupowaniach. Czy Demokraci będą chcieli kontynuować liberalny kurs, spychając w  cień lewicę i  socjalistów? Czy konserwatyści wyprą populistów u  Republikanów? Tu będą tarcia i szukanie nowej tożsamości. Nadchodzą nowe czasy i trudny moment dla Ameryki – kraj jest skłócony, a w oddali widać problemy gospodarcze. Żaden z  kandydatów nie zaproponował konkretnych zmian, wszystko było wykalkulowane.

3 listopada nie pożegnaliśmy Trumpa. Będzie obecny w polityce, a duch jego dziedzictwa zmienił kraj i trudno nam jeszcze pojąć, jak głęboko te tarcia docierają. Bitwa o duszę Ameryki zakończona, teraz czas na jej uzdrowienie.