Kontemplując neandertalczyka i kilka innych eksponatów

Zawsze miałam ambiwalentny stosunek do muzeów. Po miesiącu intensywnych odwiedzin w kolejnych berlińskich instytucjach zadałam sobie pytanie: W czym ja właściwie uczestniczę i na jakie pułapki się narażam?

Tekst: Katarzyna Kowalewska

Kości leżące za szklaną szybą mają ponad 8,5 tys. lat. Nie układają się w wyprostowany ludzki szkielet, ale raczej w jakąś pokraczną formę. Sylwetka jest skulona, nogi zgięte w kolanach, przytulone do korpusu. Czaszka odchylona do tyłu, jak gdyby zawieszona w piasku, ponieważ archeologom udało się znaleźć tylko 2 z 7 kręgów szyjnych. Tak wyglądał człowiek prehistoryczny? Nie, tak wygląda szkielet Homo aurignaciensis hauseri w Nowym Muzeum w Berlinie („nowy” jest budynek, ekspozycja dotyczy głównie starożytności, a częściowo także prehistorii i średniowiecza). Wkoło postaci leżą porozsypywane odłamki, których nie potrafię zidentyfikować nawet gdy czytam podpis klasyfikujący je jako grave goods, czyli przedmioty, z którymi chowano zmarłych. Chociaż cenię idee naukowe wpisane w tę wystawę, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w prezentowaniu kości jest coś obscenicznego. Niezręcznie czuję się także przed innymi elementami wystawy, między innymi przed bezmyślnie wpatrującym się we mnie popiersiem neandertalczyka o nienaturalnie gładkiej gumowej skórze.

* * *

Muzeum etymologicznie oznacza miejsce bądź świątynię poświęconą muzom – patronkom sztuki. Muzeum Aleksandryjskie, zwane także Muzejonem, było instytutem naukowym założonym w III w. p.n.e. w Aleksandrii, na który składała się m.in. Biblioteka Aleksandryjska. Od samego początku funkcja estetyczna muzeów była więc nierozerwalnie połączona z funkcją naukową. W oświeceniu, które chętnie korzystało z antycznych wzorców, powrócono do tego pojęcia, by określać nim prywatne zbiory przedmiotów, z których wiele miało wartość historyczną. Instytucja muzeów rozwijała się więc wielotorowo i być może dlatego dziś muzeami nazywa się szeroki wachlarz inicjatyw, które znacznie się od siebie różnią – od galerii sztuki, przez muzea poświęcone konkretnym wydarzeniom historycznym czy zjawiskom, po turystyczne ciekawostki (na przykład muzea figur woskowych, w których eksponaty nie przedstawiają właściwie żadnej historycznej czy kulturowej wartości).

Im szersze pole działań, tym łatwiej o krytykę. Tak jest też z muzeami, które, mimo pełnienia ważnych funkcji społecznych i edukacyjnych związanych z przechowywaniem dorobku kulturowego i kształtowaniem wrażliwości odbiorców, nie są wolne od skaz w swoim funkcjonowaniu. Mój ostatni histeryczny (aż do zachłyśnięcia się) zryw wizyt muzealnych, by zdążyć przed lockdownem, przypomniał mi o części zarzutów kierowanych przeciwko tym instytucjom. Jednym z nich jest izolacja eksponatów w muzeach historycznych i uprzedmiotowienie ich. Za skrajny przykład można uznać eksponowanie ludzkich kości. Jak bardzo to, że potrafimy czytać, pisać i organizować społeczeństwo w większe struktury, definiuje nasze człowieczeństwo? Nie wystawialibyśmy tych szkieletów na publiczny pokaz, gdyby były one 8 tys. lat starsze. Świadczy to o tym, jak różny stosunek mamy do cywilizacji przedpiśmiennej i piśmiennej, do tej walczącej każdego dnia głównie o przeżycie i do tej tworzącej kulturę w jej dzisiejszym popularnym rozumieniu. Czy słusznie? Mnie, jako humanistce, a w dodatku literaturoznawczyni z wykształcenia, przyjęcie takiej perspektywy powinno być bliskie. Mimo tego nie potrafię się z nią pogodzić.

Na wystawie Nowego Muzeum czułam wyraźnie swoją kolonialną perspektywę i to, że wielu artefaktów nie potrafiłam zaklasyfikować jako „sztuki”. Gdy wpatrywałam się w jedno lśniące i jedno puste oko Nefretete, miałam świadomość, że popiersie egipskiej królowej to arcydzieło – jest piękne według klasycznych, współczesnych kryteriów, a ponadto (co równie ważne) jest znane ze swej niezwykłej urody. Ale czy za minione arcydzieło można uznać także stojącą w sąsiedniej sali rzeźbę przedWstawiającą, już nie tak atrakcyjnych fizycznie, faraona i jego małżonkę? A podobne do siebie figury Egipcjan i fragmenty waz? Czy to wytwory typowe dla tego okresu, czy jednak wyjątkowe? Nie mam żadnych kompetencji, by oceniać wytwory epoki tak bardzo minionej i odległej mi kulturowo, a pojedyncza wizyta w muzeum (ani nawet ich seria) tych kompetencji mi nie dostarcza. Co więcej, kierując się własnym osądem, zbyt rzadko wykraczam poza własne ograniczenia światopoglądowe i skazuję się na kolonialne (bądź rasowo-gatunkowe, jak w przypadku artefaktów prehistorycznych) uprzedzenia.

* * *

Od pewnego momentu muzealnych odwiedzin krytyczne wątpliwości nachodziły mnie coraz częściej. Gdy podczas mojej wizyty w Muzeum Stasi nie czułam się nakierowywana ani skłaniana do udziału w spójnej, ciągłej i atrakcyjnej emocjonalnie narracji, odniosłam wrażenie chaosu i zagubienia. Widząc pojedyncze eksponaty, połączone nicią jednego czasu historycznego, ale nie jednej opowieści, nie potrafiłam ułożyć ich w spójną całość oraz odpowiednio przyswoić. Przyszłam, oczekując wystawy-spektaklu, takiego jak na przykład w Muzeum Powstania Warszawskiego. Tymczasem mijałam poszczególne pokoje pełne gadżetów służących do śledzenia obywateli Niemieckiej Republiki Demokratycznej, tablic z biogramami urzędników, mebli, które w Polsce można spotkać jeszcze w wielu mieszkaniach, i bezskutecznie próbowałam połączyć ze sobą poszczególne fragmenty komunistycznego krajobrazu. Czy problemem był brak przewodnika? I tak, i nie – teoretyczny wstęp do wystawy odbył się na zewnątrz muzeum, by zapobiec zagrożeniu epidemicznemu. Prawdopodobnie, gdyby oprowadzanie odbyło się wewnątrz, byłoby mi łatwiej poruszać się po ekspozycji. Ale robiłabym to kluczem przewodnika, nie swoim.

Tymczasem może właśnie owa niepełność była siłą tych niesatysfakcjonujących odwiedzin. W Polsce aż zbytnią popularnością cieszą się tak zwane muzea narracyjne, które zapraszają widzów do udziału w swego rodzaju spektaklu. Najczęściej spektaklu czarno-białego, z tylko nielicznymi odcieniami szarości, w którym widz-uczestnik jest wyraźnie nakierowywany na to, co ma myśleć i jak wartościować. Badacze mówią nawet o odgrywaniu na wystawach teatru historii w celu prowokowania silnych, ale łatwych emocji, które blokują krytyczne podejście. Emocje zaś niebawem po wyjściu wyparowują. Zostaje tylko zbiór zdjęć w galerii telefonu.

Tych muzealnych pułapek można zaobserwować znacznie więcej – brak wrażliwości na różnice kulturowe, wykluczenie innych perspektyw, elitarność (często także klasowość, ponieważ w przypadku wyższych cen biletów nie każdy może sobie pozwolić na ich zakup), lakoniczność podpisów dobranych pod przeciętnego odbiorcę (a w praktyce pod nikogo, bo są one albo zbyt oczywiste, albo odwołują się do wiedzy, której przeciętny turysta nie posiada), estetyzacja bądź epatowanie cierpieniem. Muzea nastręczają problemów także z perspektywy feministycznej – w historii zapisani są najczęściej mężczyźni, niewiele instytucji podejmuje trud przepisania kanonów i uwzględnienia roli kobiet na równi z rolą mężczyzn. Zbyt często instytucje kierują się istniejącymi schematami i konwencjami zamiast wyznaczać nowe kierunki badań czy próbować nadążyć za współczesnością.

Czy to oznacza, że zamiast pójść do muzeum lepiej przeczytać dobrą naukową książkę dobraną do swojego poziomu wiedzy i zainteresowań? Czasami (ale nigdy w galeriach sztuki współczesnej) nasuwa mi się taka wątpliwość. Może nawet w przypadku szczególnie źle urządzonych instytucji jest ona słuszna. Niemniej wystawy, mimo swoich wad, oferują taką formę doświadczenia i kontaktu, której nie zapewni żadna publikacja, czy to drukowana, czy internetowa. I dlatego równie namiętnie chodzę do muzeów, co z pasją je krytykuję.