Recenzje muzyczne – grudzień 2020

Róisín Murphy – Róisín Machine

 

Autorka: Wiktoria Kolinko

Róisín Murphy, dobrze znana zarówno z kariery solowej, jak i z działalności w zespole Moloko, po czteroletniej przerwie powraca na scenę muzyczną z niebanalną, brzmiącą wręcz futurystycznie płytą Róisín Machine. Już sama szata graficzna okładki może sugerować powrót do lat 80., kiedy kluby zapełnione były kolorowo ubranymi nastolatkami, chcącymi usłyszeć żywe, taneczne brzmienia. Czy włączając ten album, poczujemy się jak w innej dekadzie? Zdecydowanie tak, chociaż może to nie być ani era, ani miejsce, które znamy.
Murphy już na samym wstępie Simulation, śpiewając This is a simulation / this is a lonely illusion, przypomina nam, że zmierzymy się z obcą nam czasoprzestrzenią. Dzięki łagodnym, elektronicznym dźwiękom i spokojnemu, wręcz monotonnemu wokalowi możemy poczuć się jak podczas domówki organizowanej na statku kosmicznym. Mało tego, gdy po wstępie poczujemy się już całkowicie zrelaksowani, Simulation bardzo płynnie przechodzi w następny utwór – najczęściej słuchane na Spotify zaraz po wypuszczeniu płyty Kingdom Of Ends. Właśnie w nim kosmonautka proponuje nam zażycie dawki LSD. Pomieszczenie staje się kolorowe i powoli rozmywa nam się w oczach, a Murphy dodatkowo podgrzewa atmosferę, śpiewając This is sane / this is mad. Fani Kubrickowskiej Mechanicznej pomarańczy z pewnością upodobają sobie ten kawałek, bo jest on łudząco podobny do A Clockwork Orange Theme.
Niestety, po tych dwóch utworach nasza podróż dobiega końca – wracamy na Ziemię. Co prawda cały album nasycony jest elektroniką charakterystyczną dla ostatnich dekad XX w., co może dalej trzymać nas w oderwaniu od rzeczywistości, jednak nie wyjdziemy poza nowopoznany undergroundowy klub. Shellfish Mademoiselle, Incapable, We Got Together, Narcissus – rytmy z tych utworów przypominają te, które znamy z wcześniejszych płyt. Electropop niezmiennie towarzyszy wokalistce już od początków jej kariery i nie zapowiada się na to, żeby coś uległo zmianie. Powtórzenie raz wypracowanych schematów nie oznacza jednak, że sama płyta jest pozbawiona polotu. Wciąż możemy dostrzec w niej powiew świeżości, przejawiającej się choćby we wcześniej wspomnianych utworach z początku albumu. To wtedy artystka pokazuje, że mimo wszystko jest skłonna eksperymentować z brzmieniami, co pozwala nam sądzić, że jej przyszłe projekty będą naprawdę ekscytujące.

Ocena: 3,5/5

 

 

Jocelyn Packard – Nothing Is Solid

 

Autor: Antek Trybus

Kliknij tutaj, aby przeczytać wywiad Antka Trybusa z zespołem Jocelyn Packard.

Zanim przeczytasz nadciągający szlaczek znaczków, zadbaj o doświadczenie. Wyjrzyj przez okno, a najlepiej wyjdź na zewnątrz, zakręć się wokół jakichś niedookreślonych konstrukcji, przez które przepływa biały dym przemysłowy. W tym miejscu wszystko jest jakieś takie dziwnie znajome, jak Have a great day! z Lynchowych ust. Niezależnie od tego, gdzie będzie się ono znajdowało, a co za tym idzie – i ty, z uniżonością śledź wirujące nad tobą masy cząstek <niebo>. Pozwól, aby zaciążyły, docisnęły cię do gruntu tak mocno, aż zaswędzi w nosie, a przed oczami pojawią się gwiazdki (tudzież mroczki). Wtedy w świadomości zajdzie coś na kształt Nothing Is Solid experience. Ulotny ciężar, wielki strzęp łuszczącego się billboardu przy autostradzie przebiegającej przez przestrzeń bazową, zredukowaną do niewyraźnych doświadczeń typu drone.
Na tym odludziu muzyka kołuje nad słuchaczem, zwisa nad nim niczym rozpraszająca się za odrzutowcem smuga. Świadkiem tego jest ten cały bezduch kontestowany, który złośliwcy określą wyeksploatowanym brakiem inwencji, czyli post-rockowymi gitarkami spod znaku długonazwych zespołów. Można by się czepiać, że w tej sytuacji nawet cytacik z Rejsu nie pomaga, ale pomimo że te melodie już się gdzieś słyszało, to jednak album Jocelyn Packard nie bazuje na nich, a raczej stawia je w szerszym kontekście. Momentami wypada to naprawdę przekonująco, szczególnie gdy da się wyłapać dźwięki przywodzące na myśl soundtrack do Firewatcha. To właśnie wtedy muzyka chłopców ujmuje słuchacza, a dualizm gatunków zaczyna niezrozumiale szeptać, prowadząc go w miejsca takie jak to z wstępnych zdań tej recenzji. Jednakże na Nothing is Solid składają się też fragmenty zupełnie nieciekawe. Pojawiają się pod postacią dłużyzn, do których po kilku odsłuchach nie chce się już wracać. Gdyby na płycie pojawiło się mniej przeciętności połączonej z hołdowaniem takim tuzom jak GY!BE i EITS, zaproponowałbym klanowi Jurgów otwarcie szampana. Ba, sam bym go im posłał, piejąc z zachwytu. Tak czy siak, ziomale z Opusu mogą skleić solidną pionę – mają w końcu w swej słoniowej stajni kolejne wydawnictwo na bardzo dobrym poziomie.

Ocena: 4/5

 

 

 

Lordofon – Koło

 

Autor: Miłosz Piotrowski

We wrześniu na warszawskim pawilonie Cepelii pojawił się enigmatyczny komunikat. Dzwoniąc pod wskazany na nim numer, można było połączyć się z Maciejem Poredą, wokalistą Lordofonu. Oprócz krótkiej rozmowy z muzykiem infolinia oferowała także przedpremierowy odsłuch dwóch utworów zwiastujących najnowszą płytę duetu. Sami autorzy sugerowali, by przeżyć to doświadczenie za pomocą legendarnego, choć dziś już raczej kojarzonego z klimatami retro, aparatu BlackBerry. Ta oryginalna akcja promocyjna nie tylko przyciągnęła uwagę odbiorców, lecz także trafnie naszkicowała przed nimi obraz nadchodzącego projektu.
Koniec oczekiwania nastąpił w październiku – wówczas swoją premierę miał długogrający album Koło. Zdaje się, że Lordofon nie bez powodu upodobał sobie jesienno-zimowy okres. Końcówka roku przepełniona jest tęsknotą za przygasającymi już promieniami słońca oraz urokliwą letnią aurą. Podobne odczucia przywołuje muzyka warszawskiego duetu, która łączy nostalgię do bezpowrotnie utraconej młodzieńczej beztroski z próbami pogodzenia się z zastaną rzeczywistością. Koło jest jak pobudka w pierwszy dzień roku szkolnego po szalonych wakacjach, ale też jak wieczór spędzony z przyjaciółmi na wspominaniu „starych dobrych czasów”. Znajdziemy tu zarówno bezkompromisowe linijki (Figaro), humorystyczny braggowy numer o zwierzętach (Zoo), jak i peany na cześć drobnych przyjemności, wyśpiewywane przy akompaniamencie ciepłych gitarowych akordów (Kobayashi).
Ten nietuzinkowy, czerpiący garściami inspiracje z początków XXI wieku, rap-rockowy kolaż zdecydowanie znalazł się na odpowiedniej kartce z kalendarza. Jest to projekt, który z przyjemnością można puścić między kolejnymi, dłużącymi się e-zajęciami, ale także podczas spaceru wśród opadających liści. Wywołuje u odbiorców – momentami gorzki, ale mimo wszystko – uśmiech, będący ostatnimi czasy coraz bardziej deficytowym towarem.
Jednak paleta emocji i przemyśleń, jakiej autorzy użyli do stworzenia swojego dzieła, jest zdecydowanie bardziej złożona. Płyta jest zróżnicowana nie tylko pod względem stylistycznym. Imponuje również rozpiętość tematyczna – poczynając od ironicznych spostrzeżeń na temat kalejdoskopowo zmieniających się trendów w popkulturze, kończąc na próbach ubrania w słowa problemów naszego pokolenia.
Choć w niejednej linijce odnalazłem swoje odbicie, to wprawione ucho może doszukać się w Kole także kilku lirycznych, infantylnych naiwności czy średnio trafionych diagnoz społecznych. Mimo to album nadrabia drobne niedociągnięcia pomysłową koncepcją, nieschematycznymi rozwiązaniami i po prostu zaraźliwą energią emanującą z wokalu Macieja Poredy oraz produkcji Michała Jurka. Koło jest powidokiem dawnej działalności duetu, który swoją artystyczną przygodę zaczynał od punkowo-garażowych brzmień. Romans ich poprzedniej stylistyki z rapem zaowocował eklektycznym tworem, dającym Lordofonowi szansę na zakotwiczenie się w polskiej branży muzycznej na stałe.

Ocena: 4/5

 

 

 

Ghostemane – ANTI-ICON

 

Autor: Kuba Kołodziej

Z bólem serca przyznaję, że nastoletnie lata spędziłem na maniakalnym słuchaniu metalu i, jak na radykalnego kuca w tym wieku przystało, uważałem większość pozostałych gatunków muzycznych za chłam. Rok 2018 wspominam jako pierwsze nieśmiałe próby wyjścia poza swoją strefę komfortu – za namową kolegów spróbowałem wyleczyć fiksację na punkcie metalu za pomocą rapu. Było to nie lada wyzwanie. Przez długi czas zwyczajnie nie potrafiłem przekonać się do odmiennego wokalu i generowanego komputerowo podkładu muzycznego. Gdy Spotify polecił mi Ghostemane’a, doznałem (mimo bycia ateistą) istnego objawienia. W albumie zatytułowanym N/O/I/S/E muzyk zaprezentował słuchaczom niezwykle udany miks rapu, industrialu i właśnie metalu. Przepełniona agresywnym wokalem, głośnym przesterem, a nawet gitarą płyta od razu trafiła na listę moich czołowych odkryć muzycznych. Nic zatem dziwnego, że na jego tegoroczny album czekałem z niecierpliwością.
Powiem krótko: ANTI-ICON to jedna z najbardziej oryginalnych płyt, jakich miałem przyjemność posłuchać w tym roku. Sposób w jaki Ghostemane płynnie porusza się między gatunkami naprawdę zasługuje na uznanie – nie sposób precyzyjnie zaklasyfikować tego albumu do jednego muzycznego nurtu. Warstwa dźwiękowa jest bardzo zróżnicowana – jej bazę stanowi ciężka, ale dynamiczna perkusja, która w utworach takich jak Lazaretto czy Vagabond przywodzi na myśl metalcore – tym bardziej, że znajdziemy w nich charakterystyczne dla niego breakdowny. Dopełnienie stanowią ostre gitarowe riffy oraz spora ilość niepokojących efektów, które idealnie wpasowują się w mroczny klimat albumu. Usłyszymy tu m.in. sample z utworu blackmetalowej grupy Mayhem, łomoczące glitche w stylu Code Orange, a nawet odległe odgłosy wymiotowania. Najbardziej ekscytujący jest jednak wielopostaciowy wokal Ghostemane’a, zmieniający się częściej niż obostrzenia związane z pandemią – w Hellrap mamy do czynienia z szybkim rapem, Hydrochloride zawiera energiczne growle, a zamykająca krążek akustyczna ballada Falling Down wyróżnia się emocjonalnym śpiewem. W Melancholic natomiast głos wokalisty stopniowo przeradza się z udręczonych szeptów w złowrogie, zniekształcone warstwą hałasu krzyki.
Ghostemane od zawsze inspirował się odmiennymi rodzajami muzyki, czerpiąc garściami z charakterystycznych dla nich elementów. Rezultatem jest unikalny ANTI-ICON, umiejętnie skomponowany oraz połączony w jedno spójne dzieło, które przyciągnie zarówno fanów rapu, jak i metalu – tworząc międzygatunkowy most podobny do tego, jakim na początku XXI w. był nu metal.

Ocena: 4/5