Ulotne prawdy

Porzucone i niechciane, ale wciąż pełne życia i głosu. Stare kasety magnetofonowe skrywają prawdę o transformacji ustrojowej i polskiej relacji z katolicyzmem i kapitalizmem. Ukazują subiektywność ludzkiego doświadczenia oraz przemijanie, a może i strzegą prawdy o prawdzie. Marcin Barski zbiera je i publikuje na swoim blogu Taśmy Prawdy.

Rozmawiał: Marek Kawka

MAGIEL: Czym są Taśmy Prawdy?
MARCIN BARSKI: Taśmy Prawdy to blog, gdzie publikuję fragmenty nagrań, głównie prywatnych, znalezionych na niepotrzebnych, porzuconych kasetach magnetofonowych, które od lat zbieram na śmietnikach, na pchlich targach, na strychach. Zrobiła się z tego bardzo duża kolekcja. W pewnym momencie trzeba było coś z nią zrobić, więc założyłem bloga. W założeniu codziennie, przez rok, miałem wrzucać jeden fragment kasety. W ostatnich tygodniach jestem na małym kasetowym detoksie, ale jeszcze to nadrobię. Potrzebowałem go, żeby sobie poukładać te nagrania w różne kategorie, pozbierać notatki. Myślę, że powstanie z tego jakiś dłuższy tekst, być może książka – na razie próbuję poukładać te wszystkie sensy w jakąś schludną całość właśnie przy pomocy bloga.

Ile kaset masz w kolekcji?
(śmiech) Wiesz co, nigdy ich nie liczyłem. Jest ich ponad dwadzieścia dość dużych pudeł. Myślę, że tam są z dwa tysiące tych kaset. Na pchlich targach zazwyczaj nie ma możliwości sprawdzenia kasety przed zakupem, więc kupuje się mnóstwo rzeczy absolutnie niepotrzebnych. Myślę, że z 80 proc. kolekcji jest w zasadzie do wyrzucenia, nie ma tam nic wartościowego ani ciekawego. Ale za to reszta… ach, czary.

Wcześniej zajmowałeś się field recordingiem. Jak widzisz Taśmy Prawdy? Jest to dla ciebie bardziej projekt artystyczny czy raczej badanie antropologiczne?
Wiesz co, nie traktuję tego w ogóle jak projektu artystycznego. Na początku rzeczywiście miałem jakieś takie pomysły, że trzeba coś z tym zrobić: miksować, pokazywać ludziom, grać koncerty… Wyszła nawet płyta Wanda’s Dream z fragmentami tych nagrań, zagrałem parę takich pseudo-koncertów, na których puszczałem ludziom wycinki z tych kaset. Okazało się, że to jest rzeczywiście bardzo przyjemne i ciekawe doświadczenie, ale nie w pełni opowiada to, co na tych kasetach się zawiera. Tam jest praktycznie wielki kawał historii.
Każda epoka ma swój soundscape. Znamy go albo z własnego doświadczenia, albo z archiwów historii ogólnej – wiemy na przykład, czego się słuchało w latach 80., jak się reagowało na tę muzykę, do czego ona służyła. Kasety z mojej kolekcji zawierają strzępy kultury, która nie jest opisana, choć z pewnością była dla kogoś ważna. Na blogu pojawiają się więc też fragmenty kaset muzycznych, ale od samej muzyki dla mnie istotniejsze jest to, w jaki sposób ludzie do nich podchodzili i do czego one im służyły. Widać, że ktoś faktycznie bardzo potrzebował tych nagrań, skoro je sobie kopiował, zachowywał na własny użytek, nieraz miksując je, układając w przedziwne czasami kompilacje, konstelacje, które mają osobne znaczenie. Dla mnie jest to więc badanie, czy też zastanowienie się nad przeszłością.

W eseju Sermons Over Modern Talking piszesz o swoim ojcu, emigrancie do USA, który wysyłał rodzinie kasety m.in. z nagranymi dźwiękami amerykańskich miast. Czy tak zaczęło się twoje zainteresowanie field recordingiem, pejzażami dźwiękowymi?
Te kasety były w moim domu od dzieciństwa. Leżały gdzieś na dnie szafy, aż przy którejś kolejnej przeprowadzce, sześć czy siedem lat temu, znalazłem je ponownie. Przypomniały mi tę rodzinną historię, ale także społeczną rolę kaset w czasach mojego dzieciństwa, które przypadło na lata 80. Jako podstawowy środek kontaktu z muzyką były bardzo ważnymi przedmiotami.
Gdy po tych trzydziestu latach przesłuchałem je ponownie, zdałem sobie sprawę, że to jest zapis zupełnie nieprywatny. Opowiadanie świata – ojciec nie lubił pisać, więc jeździł z tym dyktafonem i opowiadał różne historie. To był moment, w którym zastanowiłem się, czy ktoś inny też czegoś takiego nie robił i co jeszcze można znaleźć na takich kasetach. Zacząłem to skupywać. W ciągu pierwszych paru tygodni trafiłem na „sen Wandzi” [więcej o tej kasecie można przeczytać w eseju Sermons… – przyp. red.]. To mnie absolutnie przekonało, że to jest właśnie ta droga.
Gdy znalazłem te kasety, przypomniały mi się też dziecięce eksperymenty: gdzieś na przełomie podstawówki i liceum wkładałem kasetę do dyktafonu, szedłem sobie na przykład do szkoły i nagrywałem całą drogę, w ogóle nie zastanawiając się dlaczego, po co i tak dalej. Z czasem w naturalny sposób przerodziło się to w pasję do field recordingu, do muzyki eksperymentalnej, współczesnej. W pewnym momencie jednak zdałem sobie sprawę, że im więcej nagrywasz, tym więcej tworzysz artefaktów zalegających na dysku komputera. Doszedłem do wniosku, że już nie mam potrzeby nagrywania świata, bo cały świat jest tak potwornie nagrany, że należy teraz grzebać w tych dyskach czy kasetach i znajdować rzeczy, które się przeoczyło wcześniej. Więc teraz już prawie nie nagrywam.

Cały świat jest nagrany… Często te kasety brzmią zresztą, jakby nagrano je dla samego nagrania, dla uświęcenia momentu, a nie po to, by ktoś ich słuchał.
Często rozmawiamy w kontekście tych kaset o fotograficznej koncepcji momentu decydującego. W tym wypadku to jest ten moment, w którym… szukam słowa, bo nie jest to artysta i nie jest to twórca… osoba nagrywająca naciska przycisk nagrywania z jakiegoś powodu, który uważa za ważny. My nie jesteśmy w stanie dociec, dlaczego ten moment był ważny, nigdy się nie dowiemy, możemy tylko spekulować na ten temat. Sam fakt stawia tę osobę właśnie w takiej określonej roli: czy to jest artysta? Raczej nie. Czy my jesteśmy odbiorcami? Raczej też nie, bo to nie zostało zrobione z myślą o nas, to zostało porzucone. To jest taki skrawek rzeczywistości, po którym nikt się nie spodziewał, że będziemy słuchać go sobie na blogu.
Dzięki temu te nagrania są też pozbawione interpretacji. To jest właśnie mój problem z field recordingiem – jak nagrywasz coś ze świadomością, że robisz to dla kogoś, aby zarchiwizować jakiś moment, to siłą rzeczy takie nagranie będzie zawsze twoją interpretacją. Staniesz z mikrofonem w odpowiednim miejscu, będziesz próbował włączyć w najlepszym momencie i wyłączyć, gdy ci się wyda, że to już nie jest istotne, co się dzieje poza mikrofonem.
Stąd nazwa Taśmy Prawdy. Bo to jest prawda, która dzieje się niezależnie od jednostkowych wyobrażeń o rzeczywistości. Ona gdzieś tam się przedostała na te nagrania, właśnie dlatego, że one zazwyczaj były robione bez konkretnego celu, często przez przypadkowe naciśnięcie nagrywania.
A to, co my możemy zrobić, to się nad nimi zadumać, zinterpretować je i wyciągnąć te wszystkie rzeczy, które prawdopodobnie ludziom nagrywającym do głowy by nie przyszły. To, jak brzmi miasto w tle, jakieś tam rozmowy, to, z jakim akcentem ludzie mówią na tych nagraniach, to wszystko są cholernie ważne informacje. One są teoretycznie drugoplanowe, ale budują audiosferę przeszłości, nad którą normalnie byśmy się nie zastanawiali, bo nie mielibyśmy do niej dostępu. Nie wiem – ty masz, na przykład, potrzebę dowiedzenia się, po co były robione te nagrania?

Nie, wolę to sobie wymyślić.
(śmiech)

Cieszę się, że wspomniałeś o nazwie, bo bardzo mi się ona podoba. Kojarzy się może trochę spiskowo, może z jakąś wielką aferą, a w zasadzie pasuje do tej małej prawdy nagranej na tych taśmach.
Ta nazwa jest dwupoziomowa – dotyka tego, co przed chwilą powiedziałem, ale też jest trochę żartobliwym puszczeniem oka do tych, którzy uważają, że nagrania terenowe robione w jakimś konkretnym celu mają naprawdę jakąś wielką ważność. Każde nagranie robione celowo, z premedytacją, staje się interpretacją audiosfery, a nie prawdą samą w sobie. Nawet te słynne nagrania z restauracji, po których upadały rządy – to też jest zinterpretowany przez gest nagrywającego fragment rzeczywistości. Te fragmenty, które zostały wybrane, wyrwane z kontekstu i medialnie przeanalizowane, zupełnie odbiegają od tego, o czym panowie w restauracjach rozmawiali, mimo że oczywiście wszystkie te słowa zostały wypowiedziane.

Z oczywistych przyczyn większość twojej kolekcji pochodzi z epoki, którą możemy za Olgą Drendą nazwać duchologiczną – późnego PRL i wczesnej III RP. Jaki obraz tych czasów wyłania się z kaset?
Doszedłem do wniosku, że 1989 r. był kluczowym momentem nie tylko jako transformacja polityczna, gospodarcza, społeczna, ale także jako przejście od kultury audialnej do wizualnej. Te kasety z lat 80., nawet te, które odrzucam, są zupełnie inne niż te z lat 90. i później. Mają inną realizację i inny sens. Przy chronologicznym ułożeniu widać, jak w ciągu dwóch lat wszystko się zmienia. Kasety stają się bardziej kolorowe, słychać też, że są to kopie oryginału albo profesjonalnego pirata. Nie są to już kopie którejś z kolei kopii, zniszczonej przez wiele głowic magnetofonowych albo nagrania z radia. Natomiast na starszych kasetach te zniszczenia opowiadają bardzo ważną historię.

W części fragmentów na blogu rzeczywiście ważną rolę odgrywa sam nośnik albo jego stan czy zniszczenia na nim. Ostatnio wrzuciłeś kasetę z kursem dla członków PZPR, na której nagrano muzykę popową. Pamiętam też kuriozalnie zniekształconą piosenkę Great Balls of Fire. Myślisz, że Taśmy Prawdy mają potencjał na filozoficzne studium nad przemijaniem nośników w stylu Basinskiego?
Te zniekształcenia bywają bardzo efektowne, bardzo malownicze i poruszające na wiele sposobów, zwłaszcza gdy zgrywają się z treścią. Na samym początku przygody z tą wielką kolekcją uważałem, że są one jednym z głównych tematów, stąd płyta Wanda’s Dream brzmi tak, jak brzmi. Ona jest złożona w zasadzie z samych zniekształceń i za ich pomocą opowiada pewną historię.
Trzeba sobie jednak zdać sprawę, że to jest estetyzowanie tych nagrań. Jeżeli chcemy zrobić działania artystyczne z nimi związane, to te zniekształcenia będą bardzo ważnym elementem. Natomiast jeżeli chcemy zastanowić się antropologicznie nad zawartością tych kaset i opowiadaną historią, to te zniekształcenia muszą stać się przezroczyste. Musisz przestać o nich myśleć. Jasne, one opowiadają pewne rzeczy, wiadomo że na przykład słynne kazania księdza Popiełuszki na totalnie zniszczonej kasecie świadczą o tym, że ta kaseta była ukrywana albo przekazywana z rąk do rąk, milion razy odtwarzana…. Pytanie, czy możemy interpretować, czy raczej opisywać fakty.
Wiesz, to są oczywiście rzeczy dźwiękowe, natomiast teraz zupełnie nie czytam ich na poziomie dźwiękowym. Wiem, że to zabrzmi pretensjonalnie, ale to jest czytanie trochę tak, jak się czyta książki. To, co się dzieje w sferze audio, jest mniej istotne niż to, co merytorycznie, tekstowo możemy wyciągnąć z tych nagrań. One przez ten rodzaj słuchania stają się tekstem. Więc im bardziej je odestetyzowujemy, tym bardziej one się tekstualizują. Jezu, jak mi się powiedziało, przepraszam. (śmiech)
Zacząłem robić taką rzecz, że próbuję odnajdywać ludzi z tych kaset. Znalazłem taką kasetę, której nie było jeszcze na blogu. Jest strasznie zniszczona, nagranie jest praktycznie nieczytelne, natomiast gdzieś spod tych szumów i trzasków słychać kogoś opowiadającego po angielsku o walijskich pieśniach ludowych. W którymś momencie pojawiło się tam nazwisko tego człowieka. Wygooglowałem go – okazało się, że na którymś uniwersytecie w Walii jest profesor o tym samym nazwisku. Zupełnie od czapy napisałem do niego: Panie profesorze, mam takie nagranie, czy rozpoznaje się pan na nim, a jeśli tak, to jakie są to okoliczności? Dostałem bardzo długiego, bardzo pięknego i wzruszającego maila. Oczywiście okazało się, że to on. Napisał, że dla niego jest potwornie wzruszające po 30, 40 latach trafić na coś, co jest kompletnie zniszczonym fragmentem jego osobistej historii. I że bardzo ładnie zgrywa się to z ówczesnym miejscem jego pracy podczas nagrywania tej kasety. Była to grupa teatralna o nazwie Faint Recollections – słabe, ulotne wspomnienia. A wiec tak, zniekształcenia potrafią dodawać niesamowitych znaczeń, zupełnie przypadkiem otwierać nowe drogi dla rozmowy o tych taśmach albo do interpretowania ich.

Myślę, że dlatego to jest bardzo cenne przedsięwzięcie. Posty na blogu są pierwszym wtórnym spojrzeniem na bardzo dużą część z tych nagrań, pierwszym spojrzeniem pod kątem czytania z nich czegoś.
Jedna rzecz, o której trzeba natychmiast zapomnieć przy pracy z prywatnymi kasetami, to jest ocenianie – czy to jest ładniejsze, czy brzydsze. Oczywiście nie mówię o muzyce, coachingach czy nagraniach religijnych – tam jest mnóstwo kuriozalnych rzeczy, których nie da się wybronić w żaden sposób, mimo że staram się o nich pisać z sympatią.
To jest też bardzo ciekawe w kontekście tego, co się teraz dzieje. Te kasety religijne pokazują, jak długą drogę Kościół przeszedł do tego momentu, w którym ludzie wyszli na ulice i zaczęli się burzyć przeciwko chrześcijańskiej nauce. Może było zupełnie inaczej – w mojej kolekcji są kasety, które ktoś wyrzucił, więc może próbka nie jest reprezentatywna. Ale u mnie jest bardzo dużo muzyki i nauczania prolajferskiego, antyaborcyjnego – już we wczesnych latach 80. Są przekuriozalne piosenki śpiewane przez braci zakonnych udających małe dzieci pytające: dlaczego mnie nie chciałaś? I cała kaseta, ta akurat bodajże z 1981 r., jest poświęcona temu zagadnieniu. Nagle widać bardzo wyraźnie, że ta dychotomia w społeczeństwie, między tymi, którzy są za i przeciw, istnieje od bardzo dawna. Już wtedy ktoś przeżywał ten temat na tyle mocno, żeby wejść do studia i nagrać całą kasetę muzyki. W późniejszych nagraniach ta tematyka cały czas wraca, podobnie jak bardzo dosłownie i prosto rozumiany patriotyzm, który też jest bardzo ważnym elementem dzisiejszej debaty… Tak więc cała historia tej myśli prawicowej jest w tych kasetach bardzo czytelna.

Cofnijmy się na chwilę do początku – mówiłeś, że 80 proc. taśm w twojej kolekcji nigdy nie znajdzie się na blogu. Co znajduje się na tych odrzutach?
Większość tego co odrzucam, to po prostu muzyka. Jest też bardzo dużo kaset coachingowych, kaset z muzyka religijną. Tak więc coaching, religia i muzyka pop – możemy sprowadzić kulturę do tych trzech elementów i będziemy wszystko wiedzieć o latach 90. (śmiech)
Są też kasety, których absolutnie, za żadne skarby nie mogę upublicznić, bo są tak prywatne, tak intymne, że byłoby to bardzo nie fair w stosunku do osób, które je nagrywały. Bardzo piękny i bardzo intymny jest fragment z takiej kasety, gdzie para się kłóci przez 45 minut – całą stronę kasety. Kłócą się o to, jak ułożyć relacje, o to co sobie zrobili złego w życiu… Rozmawiając upijają się. Są coraz bardziej pijani, ich głosy i argumenty coraz bardziej się rozjeżdżają, zwłaszcza mężczyzny. Natomiast jest taki przepiękny fragment: w którymś momencie kłótni facet stwierdza, że czegoś tam nie powiedział i mówi: czekaj, to cofnijmy taśmę, posłuchajmy. Nagranie się zatrzymuje, potem wraca i mówi: tak, przepraszam, powiedziałem to i tamto. To jest niesamowicie piękny moment, który bardzo bym chciał komuś pokazać, ale bez kontekstu nie ma sensu, a w kontekście po prostu nie mogę go upublicznić.

Masz ulubioną kasetę?
Wiesz, to się cały czas zmienia. W zależności od nastroju i dnia. Na przykład dzisiaj rano serdeczny kolega wysłał mi maila, że słuchał płyty i fragment „rozmowy z ojcem” zrobił na nim duże wrażenie. Nie słuchałem tego od roku, powtórzyłem to sobie i akurat dzisiaj ona jest dla mnie bardzo ważną taśmą o różnych kontekstach. Ale wiesz, każdy fragment ma coś niezwykle istotnego w sobie, więc nie umiałbym wskazać jednej… No, może ten „sen Wandzi”, ale to zbyt oczywiste.