Muzyka diarystyczna – wywiad z Jocelyn Packard

Pod koniec października katalog Opus Elefantum poszerzył się o nowe wydawnictwo. Chłopaki z Jocelyn Packard po trzech latach powrócili, już jako duet, prezentując nam swój drugi album Nothing is Solid. Gdy, w ramach zbierania materiałów do recenzji, zadałem im kilka pytań, byli uprzejmi odpowiedzieć na nie tak treściwie, że research wyewoluował w pełnoprawny wywiad.

Rozmawiał: Antek Trybus

MAGIEL: Co staraliście się wyrazić przez Nothing is Solid? Jak rozumiecie swój drugi album, co on dla was znaczy?

Daniel: Jakkolwiek banalną odpowiedzią by to nie było – Nothing Is Solid wyraża wszystko i nic. Przyświecały nam dwie idee: pierwsza z nich to muzyka o tym, co zostaje w środku, druga natomiast – muzyka diarystyczna. Jest to luźny, miejscami nawet lekko naiwny zapis doświadczeń z ostatnich trzech lat. Jedyny kręgosłup utrzymujący całość w ryzach to efemeryczna estetyka o delikatnym zapachu wabi-sabi. Warto nadmienić, że nie przywiązywaliśmy żadnej wagi do jakiejkolwiek konceptualizacji – album po prostu „wyrastał” z nas przez kilka lat, a zgodnie z jego diarystyczną naturą, zmiany wprowadzaliśmy często pod wpływem chwili. Do ustalenia że to zostaje potrzebna była tylko obopólna zgoda. Nie konsultowaliśmy niczego ze spajającym to wszystko duchem – nie było takiego.

Michał: Nothing Is Solid na początku miało być około piętnastominutową epką. Po skończeniu pracy nad naszym poprzednim materiałem, na próbach powstały cztery szkice utworów, które odbiegały trochę od tego, co w tamtym czasie graliśmy. Te szkice były harmoniami gitarowymi bardzo mocno utopionymi w pogłosach; właściwie nie było tam w ogóle miejsca na sekcję rytmiczną. Wiedząc, że nie każdy w zespole chciał zajmować się taką muzyka przez dłuższy czas (a byliśmy wtedy składem czteroosobowym), zamierzaliśmy szybko zarejestrować te mini-utwory i iść dalej. Sytuacja się zmieniła, kiedy, ze względu na zmianę miejsca zamieszkania, zespół opuścili najpierw perkusista, a potem gitarzysta. Razem z Danielem postanowiliśmy dokończyć materiał. Specyfika grania prób tylko we dwójkę mocno wpłynęła na dalszy rozwój kompozycji. Pojawiało się coraz więcej pomysłów, jednomotywowe szkice zaczęły się rozrastać, powstawały nowe utwory. Stwierdziliśmy, że nie będziemy ograniczać się tym, żeby utwory dało się grać na żywo; pisaliśmy muzykę, do której zagrania na koncercie potrzebne byłoby miejscami nawet 10 osób. Wskutek tego, praca nad kompozycjami przeciągnęła się aż o  trzy lata. Albumowi nie przyświeca żaden z góry narzucony koncept. Jest ona po prostu efektem wspólnego grania przez ten czas. Kiedy któryś z nas wpadł na dobry pomysł, przynosił go na próbę, gdzie dalej go rozwijaliśmy. W pełni zgadzam się z Danielem co do tego, że jest to pewnego rodzaju dziennik z ostatnich trzech lat naszego życia.

Czy Miechowice mają coś z „twinpeaksowego” vibe’u? Nie bez przyczyny słuchacze kojarzą was z tym serialem, ale czy wy jako zespół w pełni się z nim utożsamiacie? Czy można uznać, że Nothing is Solid to może nie Xiu Xiu Plays the Music of Twin Peaks, ale coś mocno oscylującego w tej strefie konceptualnej, ideowej, czymś w duchu tego serialu?

Daniel: Nie mają, nie utożsamiamy się i, prawdę powiedziawszy, delikatnie skręca mnie w środku, gdy słyszę uwagi pokroju alternatywna ścieżka dźwiękowa do Twin Peaks. Ale cóż, sami to na siebie ściągnęliśmy jedną niefortunną decyzją z przeszłości, prawda? Nasz twinpeaksowy vibe, przynajmniej w jego uświadomionej części, zaczyna się i kończy na nazwie Jocelyn Packard – powidoku z czasów, w których próbowaliśmy się jakkolwiek określić. David Lynch to mój absolutnie ukochany reżyser i prawdopodobnie ulubiony artysta sensu largo, ale wolałbym uważać Nothing Is Solid za bliższą jego obrazom i litografii, jeśli już jakiś „lynchowski” wpływ musiałbym wskazać.

Michał: Kiedy wybieraliśmy nazwę, ja nawet nie widziałem jeszcze serialu. Mieliśmy pomysł nazwania zespołu kobiecym imieniem i nazwiskiem; padło na Jocelyn Packard, bo to po prostu dobrze brzmi i ładnie wygląda; poza tym Daniel i Igor (nasz ówczesny gitarzysta) są wielkimi fanami Lyncha. Pamiętam, że ja optowałem za nazwą Winona Ryder.

Operujecie na post-rocku; może już nie w pełni, ale niekiedy jest on słyszalny na waszej najnowszej płycie. Nie obawiacie się korzystać z tak wypalonego gatunku?

Daniel: Nie uważam, że jesteśmy lub kiedykolwiek byliśmy inherentnie post-rockowi, a nawet jeśli będziemy tak odebrani, to czego mielibyśmy się obawiać? Pojawiło się już kilka uwag na temat rzekomej inspiracji trzecią falą i przyznam, że nie do końca je rozumiem. Nie mamy żadnego parcia na intensywne crescendo. Jeśli już z czegoś czerpaliśmy, to prędzej z projektów bliższych Labradford, niż z epigonów – a ta muzyka od prawie trzydziestu lat z sukcesem wymyka się wszelkim ramom.

Michał: Faktycznie post-rock to obecnie wypalony gatunek. Z drugiej strony, gdy mówimy post-rock, mamy zazwyczaj na myśli trzecią falę tego gatunku, w której każdy zespół brzmi dosłownie tak samo i powiela w kółko te same schematy. Trochę skrzywdzone zostają przez to starsze zespoły, takie jak Godspeed You! Black Emperor, Slint, czy późny Unwound. Te składy grały muzykę nowatorską, przekraczającą granice gatunków i, przede wszystkim, genialną pod względem kompozytorskim. My, tak naprawdę, nie przywiązujemy się do żadnego gatunku; z tym post-rockiem to po prostu jakoś tak wyszło, a na to, jak ludzie nas określają, nie mamy wpływu i staramy się nie przywiązywać do tego większej wagi.

Daniel: Interesująca uwaga, że z tym post-rockiem to po prostu jakoś tak wyszło. Gdybyśmy układali potencjalne playlisty muzyki słuchanej w czasie pracy nad Nothing Is Solid lub szerzej – muzyki, która mogła być dla nas inspiracją, to prawdopodobnie sami bylibyśmy zdziwieni ich zawartością. Zbyt wiele post-rocka by się na nich nie znalazło, a już na pewno nie takiego, który bywa nam sugerowany – przynajmniej na mojej.

Jak nagrywaliście wasz materiał? Czy to było siedzenie w domu z gitarką w stylu domowych projektów od Opus Elefantum? Skąd wolta w stronę drone’u i ambientu?

Daniel: 100 proc. DIY. Poskładaliśmy własnym sumptem mobilne studio – prawie wszystko sklejone „na ślinę i plaster”, ale jestem relatywnie zadowolony z efektu. Materiał powstawał zgodnie ze staroszkolnym etosem – regularne spotkania w próbowni, burze mózgów, komponowanie poprzez granie.

Michał: Nagrywaliśmy na naszej sali prób, miksowaliśmy u Daniela w domu. Trochę różnimy się, jeśli chodzi o styl pracy, od pozostałych artystów z naszego labelu. Maciek Jurga z Opus Elefantum powiedział, że jesteśmy pierwszym wydawanym przez niego zespołem muzycznym, w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. A skąd ten ambient i drone? Tak się po prostu ułożyło. Takie dźwięki nam się w tamtym czasie podobały, tak się wtedy czuliśmy, takie wtedy było życie. A, jak mawia klasyk, jakie życie taki rap.