Na marginesie

Czworo bohaterów, cztery historie. Łączy je status studenta, codzienne życie w cieniu i nieustanny lęk – o to, żeby nikt nie skrzywdził, a rodzina i społeczność nie dowiedzieli się, jak zarabiają na swoje wydatki. Oto oni – polscy pracownicy seksualni. Ludzie żyjący obok nas, a jednak na uboczu. Jakie są ich obawy? Z czym muszą mierzyć się w swojej pracy? Czy rzeczywiście są tak źli i niemoralni, jak próbuje kreować ich społeczeństwo?

Tekst: Natalia Sawala

Fot. Nicola Kulesza

Niedziela wieczór, pierwszy listopada. Wracam po dniu Wszystkich Świętych do domu, do Warszawy. W drodze piszę posty na trzech facebookowych grupach z prośbą o pomoc w zebraniu materiałów do artykułu o studentach oferujących usługi seksualne za pieniądze. W przeciągu kolejnych kilku godzin otrzymuję ponad 900 reakcji, wiele cennych rad i opinii nt. używanego języka, a także kontakt do nich – Zuzanny, Darii, Luizy i Marcela. Chcą opowiedzieć mi o swojej pracy bez wstydu i cenzury. Proszą mnie jedynie o ukrycie swoich danych osobowych i motywują to tak: wiem, że wywiad jest anonimowy, ale proszę nie nazywaj mnie …, bo boję się, że moja rodzina mogłaby o mnie pomyśleć, czytając ten artykuł. Zgodnie z tą prośbą wszelkie szczegóły mogące ujawnić ich tożsamość zostały zmienione.

Początki 

Zaczynają pracę w okolicach 19–20. urodzin. Wyjątkiem jest Marcel, który w branży pojawił się niejako przypadkowo, przez kolegę z liceum, który na żartobliwą uwagę Marcela, że może zapłacić mu za nagie zdjęcia, naprawdę zdecydował się to zrobić. Jak mówi: Potem już jakoś poszło. Szukałem na własną rękę – najpierw próbowałem ze znajomymi, którzy za seks dawali mi pieniądze, później z osobami spotkanymi na imprezach na zasadzie „hej, mam ochotę na seks”, „chcesz, to chodź, ale płacisz”. Pytani o motywy rozpoczęcia pracy, studenci mówią głównie o wysokim wynagrodzeniu osiąganym stosunkowo niskim kosztem oraz o tym, że nigdzie indziej nie udałoby im się tyle zarobić, mając wyłącznie wykształcenie średnie. Zuzanna ujmuje to tak: Zaczęłam, mając około 20 lat, głównie z powodu łatwych pieniędzy, bo, chociaż nigdy mi ich nie brakowało, to zawsze fajnie jest mieć dodatkową stówkę czy dwie. Myślę, że powodem, który sobie wpół uświadamiałam, była też chęć poczucia akceptacji. Tego, że komuś się podobam, że ktoś mnie chce i jest w stanie za mnie zapłacić. To i poczucie kontroli, bo to ja stawiałam warunki, wybierałam klientów, miejsce oraz formę spotkania.

Branży uczyli się sami. W Polsce istnieje co prawda rynek agencji towarzyskich, jednak jest on częścią czarnego rynku ze względu na obowiązujące przepisy prawa – przede wszystkim art. 204 § 1 kodeksu karnego stanowiący, że: Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, nakłania inną osobę do uprawiania prostytucji lub jej to ułatwia, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5 oraz art. 204 § 2 mówiący: Karze określonej w § 1 podlega, kto czerpie korzyści majątkowe z uprawiania prostytucji przez inną osobę. W Polsce brakuje profesjonalnych placówek, przekazujących wiedzę o zawodzie nowicjuszom, zapewniających im ochronę czy uczących, jak stawiać własne granice i ustalać sposoby rozliczeń z klientem. Jak zwierza się Luiza: Gdyby to było możliwe, chciałabym dołączyć do jakiejś mniejszej agencji – teraz pracuję sama tylko dlatego, że boję się takich miejsc. Boję się, że będę miała narzucone zasady albo nie będę mogła zrezygnować, kiedy będę tego chciała. Tak rzeczywiście dzieje się często. Menedżerowie agencji towarzyskich to niejednokrotnie osoby związane ze zorganizowanymi grupami przestępczymi, sami tworzący reguły gry, wyzyskujący i krzywdzący swoich pracowników. Słyszy się wtedy o bezpodstawnym zabieraniu części wynagrodzenia, zmuszaniu do pracy, a także zastraszaniu przy próbie odejścia od pracodawcy. Nie jest wobec tego niczym dziwnym, że zamiast zatrudniać się w takim miejscu i ryzykować ewentualne nieprzyjemności, moi rozmówcy woleli sami zgłębiać tajniki zawodu.

Początki nie przysparzały im dużych problemów. Zuzanna zaczynała na GaduGadu, gdzie próbowała sprzedawać bieliznę i buty fetyszystom i gdzie umawiała się na kamerki, jednak ze względu na dużą liczbę naciągaczy przeniosła się na portal Date-zone, którego klienci mają bardziej uczciwe podejście i raczej nie naciągają pracowników na darmowe usługi. Daria założyła konto internetowe z ciekawości. Luiza zaś, straciwszy nagle pracę, przypomniała sobie post z jednej z facebookowych grup opowiadający o realiach branży i dzięki temu zdecydowała się na zawodową metamorfozę.

Prostytucja a prawo

Wejście w sektor usług seksualnych nie jest w Polsce trudne w świetle prawa karnego prostytucja świadczona samodzielnie nie jest bowiem zakazana. Problem pojawia się w momencie wystąpienia sporu pomiędzy usługodawcą a jego klientem np. konfliktu o podłożu finansowym, w którym usługobiorca odmawia zapłaty za otrzymaną usługę. Wtedy to, rozpatrując sprawę, sądy z reguły powołują się na art. 58 § 2 kodeksu cywilnego: nieważna jest czynność prawna sprzeczna z zasadami współżycia społecznego. Zawarta w powyższym przepisie klauzula generalna odsyła interpretatora prawa do systemów pozakodeksowych – zbioru norm moralnych, religijnych czy społecznych. W świetle polskiej kultury, opartej w znacznej części na katolickim kanonie wartości, podkreślającym wyższość czystości nad doświadczeniami fizycznymi, można oceniać, że sądy będą traktować prostytucję właśnie jako niezgodną z zasadami współżycia społecznego. Konsekwencją takiej linii orzecznictwa będzie uznanie umowy o świadczenie tego typu usług za nieważną i niewywołującą skutków prawnych. Może to oznaczać w praktyce, że pozwany usługodawca będzie zmuszony do zwrócenia całości wynagrodzenia usługobiorcy ze względu na fakt, iż pieniądze wypłacone za seks będą interpretowane jako bezpodstawne wzbogacenie. Warto dodać, że zgodnie z interpretacją Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 7 kwietnia 2015 roku dochody z prostytucji nie podlegają opodatkowaniu od osób fizycznych.  Jest to związane z  art. 2  ust. 4 ustawy o PIT, stanowiącym iż przedmiotów ustawy nie stosuje się przychodów wynikających z czynności, które nie mogą być przedmiotem prawnie skutecznej umowy. Tego typu interpretacja potwierdza, że według organów państwowych seks za pieniądze uznawany jest za sprzeczny z zasadami współżycia społecznego.

Takie postawienie kwestii prostytucji przenosi świadczenie usług seksualnych niejako do “szarej strefy” bez możliwości odprowadzania podatków i składek na podstawowe ubezpieczenia społeczne, jednak nie umożliwia karania pracowników seksualnych w sposób bezpośredni. Pozwala to na funkcjonowanie stron internetowych, na których można zareklamować swoje usługi i umówić się na spotkanie z klientami. Najpopularniejszą z nich jest platforma Roksa, na której osoby z branży mogą założyć profil oraz opisać oferowane usługi i ich stawki, a także opublikować podstawowe dane osobowe, zdjęcia czy preferowane godziny pracy. Aktualnie na tym portalu zamieszczonych jest ponad 13 tys. anonsów osób z różnych miast i w różnym wieku (jego rozpiętość waha się od 18. do 65. roku życia).

Realia 

Częstotliwość pracy moich rozmówców jest zróżnicowana – niektórzy celują w spotkania codziennie, inni wolą pracować rzadziej, np. raz na tydzień. Aktualnie problem stanowi pandemia, przed którą strach znacznie ogranicza popyt na usługi oferowane twarzą w twarz. Klienci w niepewnym czasie zarazy wybierają coraz częściej Internet, koncentrując się na stronach oferujących seks-pokazy, gdzie ryzyko zarażenia jest zerowe.

Przed każdą sesją muszą się przygotować. Jak opowiada Zuzanna: Przed spotkaniem zawsze brałam prysznic, ubierałam się ładnie – zawsze w krótką spódniczkę i buty na obcasie – malowałam się i włączałam kamerkę albo wychodziłam o umówionej godzinie. Ważne jest tutaj wywarcie określonego, pozytywnego wrażenia na kliencie. Spotkania odbywają się w różnych miejscach – w wynajętych mieszkaniach, pokojach hotelowych, a nawet samochodach. Marcel przebieg sesji opisuje tak: Na początku zwykle się witamy i wymieniamy jakieś typowe uprzejmości, co tam u nas itp., a potem przechodzimy do rzeczy. Często rozmawiamy też dłużej po wszystkim. Mimo wszystko lubię jednak wiedzieć, kim jest mój klient, więc staram się chociaż trochę poznać te osoby. Możliwość spotkań z klientami z różnych środowisk, w różnym wieku i o różnych poglądach to jedna z rzeczy, które pracownicy seksualni cenią sobie w tej branży najbardziej. Uwielbiam słuchać i to, jak bardzo ludzie są inni, jest dla mnie bardzo ciekawe. Lubię też poznawać, jak różne są wśród mężczyzn preferencje dotyczące wspólnego spędzania czasu. Mam ogromną satysfakcję, że sama uczę się kontaktów z ludźmi, otwartości i asertywności, bo miałam z tym wcześniej problemy. Dzięki pracy w tej branży bardzo podniosła mi się samoocena, jestem pewniejsza siebie, nauczyłam się mówić “nie” i stawiać własne warunki – opowiada Daria.

Chociaż moi rozmówcy dostrzegają plusy swojej pracy, żaden z nich nie traktuje jej długoterminowo. Myślą raczej o zakończeniu jej w momencie ukończenia studiów lub kontynuowania jej po tym terminie wyłącznie jako część uzupełniającą, nie zaś podstawowe źródło utrzymania. Na ich postawę wpływa wiele czynników. Pierwszym z nich jest wspomniany wyżej brak uregulowania prostytucji. Powoduje on szereg konsekwencji związanych z niemożliwością odprowadzania podatków i składek na podstawowe ubezpieczenia społeczne, skutkującą pozbawieniem prawa do bezpłatnej opieki medycznej, problemami z Urzędem Skarbowym, a w późniejszym terminie – z wypłatą emerytury czy posiadaniem bardzo niskiej wiarygodności finansowej, niezbędnej do wykazania np. przy bankowej umowie o kredyt. Daria opowiada: Póki się uczę, jestem ubezpieczona, ale gdy tylko skończę szkołę, już nie będzie to tak wyglądać. To sprawia że jestem jakby „poza systemem”. Podobne problemy zauważa też Marcel: Brak mi emerytury i ubezpieczenia. Nie lubię tego, że pracy seksualnej nie traktuje się jako zawodu, przez co słabo odczuwa się bezpieczeństwo. Faktem jest niestety również to, że przestępstwa na tle seksualnym są traktowane jeszcze mniej poważnie niż w przypadku normalnych osób. 

Stwierdzenie Marcela może wydawać się przesadzone, jednak nie jest dalekie od prawdy. Niestety, nadużycia ze strony klientów pracowników seksualnych występują na porządku dziennym. Każdy z moich rozmówców doświadczył chociaż jednej niebezpiecznej lub nieprzyjemnej sytuacji w przeciągu pierwszego roku od rozpoczęcia pracy. Mowa tu o szerokiej gamie niepoprawnych zachowań – począwszy od nagrywania i rozpowszechniania materiałów audiowizualnych ze spotkań w internecie, poprzez odmowę zapłaty czy zdjęcie prezerwatywy bez otrzymanej na to zgody, po agresję słowną, nadużycia siłowe i gwałty. Sprawia to, że pracownicy seksualni podchodzą do nadużyć w ramach pracy jak do czegoś nieodłącznego i “naturalnego”, starając się zadbać o swoje bezpieczeństwo raczej we własnym zakresie. Dlatego właśnie przed każdym spotkaniem na wszelki wypadek zaopatrują się w paralizator i gaz pieprzowy, żeby w razie eskalacji sytuacji być gotowym na natychmiastową reakcję. Jak wspomina Luiza: Pierwszą rzeczą, którą sobie powiedziałam, gdy zaczynałam tak pracować, było to, że prawdopodobnie wydarzy się coś złego. Coś bez mojej zgody. To nie tak, że to akceptuję, bo to nieprawda. Ale nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi i wolałam się od początku nastawiać, że może się coś takiego wydarzyć. Wtóruje jej Marcel, który swoją historię o gwałcie kwituje słowami: Nie zgłosiłem tego nikomu, bo wiem, jak działa policja. Wiem, że nic by mu nie zrobili. Sam też przyjąłem to jako coś, co po prostu się zdarza. 

Wykluczenie

Przeświadczenie o braku profesjonalnej pomocy i liczenie wyłącznie na samego siebie nie bierze się znikąd – jest wytworem jasno sformułowanych uprzedzeń społeczeństwa wobec pracowników seksualnych. Uprzedzeń widocznych wyraźnie w każdej internetowej dyskusji o prostytucji, w wypowiedziach polityków (warto przypomnieć słynne pytanie Andrzeja Leppera no jak można zgwałcić prostytutkę?) czy nawet w codziennie używanym pejoratywnym języku, odnoszącym się do ludzi z branży jako „upadłych” czy „szmat”. Jak mówi Zuzanna: Największy minus tej pracy to wyrzuty sumienia i poczucie winy w sytuacjach, gdy słyszysz o tym, że „prostytutki nie mają godności, a sprzedawanie swojego ciała to samoponiżenie”. Nawet jeśli nie są to słowa kierowane bezpośrednio do ciebie, to i tak jest to dosyć popularne przekonanie w społeczeństwie i boli. Przez tego typu uwagi społeczeństwo niejako odbiera pracownikom seksualnym wolność do decydowania o sobie i własnym ciele, próbując zapędzić ich sumienia w ramy moralności opartej na zaściankowej wersji fasadowego katolicyzmu. Duża część Polaków chce malować zły i demoniczny obraz osób zajmujących się płatnym seksem. Chce pokazać ich jako tych, z którymi coś jest nie tak, tych, których trzeba nawrócić lub potępić. Jak mówiła Święta Ladacznica (dziennikarka Krytyki Politycznej, zajmująca się problemem prostytucji, jej postrzegania i unormowania) w jednym ze swoich artykułów: Jesteśmy obywatelami gorszej kategorii. Ludziom przeszkadza to, że ośmielamy się nie być biednymi ofiarami, które należy uratować przed samozagładą.

Pracowników seksualnych dyskryminuje się w Polsce na szeroką skalę – zarówno słownie, jak i w kwestiach prawnych, pozbawiając ich szansy na lepszą ochronę własnego zdrowia czy finansów. Jest to w zasadzie transakcja wiązana – uważając daną grupę za gorszą, niemoralną czy niepasującą do ogólnie przyjętego schematu zachowań, zaczynamy traktować ją jako margines społeczny. Nie zastanawiamy się nad przeżyciami indywidualnych osób, nad tym, z jakimi problemami muszą się mierzyć czy nad motywami stojącymi za obraniem przez nich takiej, a nie innej ścieżki. Spychamy je po prostu z horyzontu naszego widzenia, a w momencie wypłynięcia na światło dzienne obrażamy, aż nie schowają się z powrotem.

Fundamentalne przekonanie o wyższości jednych poglądów nt. seksualności nad innymi i nadanie im ważnego znaczenia poprzez silną reprezentację osób o podobnych zasadach w społeczeństwie buduje tutaj jeszcze jeden ważny problem – pozwala na dehumanizację i utowarowienie pracowników seksualnych. Powoduje to szkodliwy precedens etyczny – osoby z branży zaczynają być wtedy postrzegane jako niedoznające krzywdy lub godzące się na jej doznawanie. Jako ludzie bez granic i bez możliwości powiedzenia słów nie pozwalam. Jak wspomina Luiza: Największą wadą tej pracy jest chyba nastawienie części klientów. To, że nie traktują świadczonej przeze mnie usługi jako usługę, tylko jako produkt i próbują się ze mną targować bądź prosić o “zniżkę”. Dużym minusem jest też kwestia nieposzanowania granic. Często spotykam się z tym, że ktoś się ze mną umawia i myśli, że może wszystko. A są przecież rzeczy, których nie lubię albo nie robię, bo zwyczajnie nie chcę, ale podczas spotkania „nie” czasem nie wystarcza. Później często słyszę, że broniąc swoich granic, odnoszę się do kogoś w agresywny sposób, chociaż tak naprawdę to ta osoba nie pozostawia mi wyboru. 

Negatywne nastawienie społeczne sprawia, że raczej nie mówią innym o wybranej ścieżce zawodowej. Ograniczają się raczej do pojedynczych osób, najbliższych przyjaciół. Nie wyobrażają sobie przekazania swojej rodzinie informacji o tym, że zajmują się pracą seksualną. Jak mówi Daria: Tylko bliscy znajomi wiedzą. Na szczęście nikt nie próbował mnie umoralniać albo krytykować. Rodzina nie wie, czym się zajmuję. Bardzo się boję, że kiedyś to wyjdzie na jaw. Marcel odpowiada w podobnym tonie: Nie ukrywam tego, ale i się tym specjalnie nie chwalę. Jak ktoś zapyta, na pewno odpowiem, że to robię.

Change is gonna come (?)

Patrząc na gamę rozwiązań prawnych związanych z prostytucją, polskie podejście do problemu plasuje się mniej więcej w połowie stawki. Stoi pomiędzy całkowitą prohibicją obowiązującą za wschodnią granicą naszego państwa, a dekryminalizacją i pełnym unormowaniem charakteryzującymi kraje, takie jak Niemcy, Turcja, Austria, Szwajcaria, Węgry, Holandia czy Łotwa. Nie oznacza to jednak, że jest to rozwiązanie optymalne. Jak wspominałam powyżej, brak regulacji prawnych w przypadku płatnego seksu prowadzi do szerokiej dyskryminacji pracowników seksualnych, zmniejszenia ich bezpieczeństwa i wtłoczenia ich w szarą strefę. UNAIDS w swojej rezolucji „Zapobieganie i leczenie HIV i innych zakażeń przenoszonych drogą płciową u osób świadczących usługi seksualne w krajach o niskim i średnim dochodzie” już w 2012 r. publikuje „zalecenia dobrych praktyk” wzywające do depenalizacji prostytucji i eliminacji niesprawiedliwego traktowania w świetle prawa. Według nich, rządy winny roztoczyć szczególną ochronę nad osobami z tej grupy w celu zapobiegania ich dyskryminacji, doświadczania przemocy i innego rodzaju naruszeniom ze względu na wysokie ryzyko występowania takich zachowań w ich kierunku.

Większość z moich rozmówców chciałaby pełnego unormowania swojej pracy. Luiza zapytana o tę kwestię odpowiada: Bardzo dużo by się dla mnie wtedy zmieniło. Już nie musiałabym omijać tak bardzo tematu, jak zarabiam pieniądze, gdy mnie ktoś o to zapyta. Czułabym się bezpieczniej. W podobnym tonie wypowiada się Marcel: Bardzo bym tego chciał, bo, mimo że praca w szarej strefie jest czasem przyjemna, to ma jednak swoje minusy. W przypadku pełnej legalizacji można by w końcu normalnie mówić o tym, co się robi i uzyskać pomoc w różnych skrajnych przypadkach. Przykład Niemiec i ich przejścia z rozwiązania bazującego na unikaniu problemu do dyskusji społecznej i pełnego unormowania pokazuje jasno, że tego typu zmiana rzeczywiście realnie pomaga pracownikom seksualnym w zwiększeniu własnego bezpieczeństwa i walce z dyskryminacją. Przeprowadzona tam w 2017 r. nowelizacja prawa stawiała za główny cel nie walkę z procederem samej prostytucji, a ochronę pracowników przed przemocą i wyzyskiem. W jej myśl osoby pracujące w branży zaczęły się rejestrować, właściciele domów publicznych zaczęły odwiedzać regularne kontrole, a klienci zaczęli być zmuszani do używania prezerwatyw. Na pracowników został nałożony obowiązek zarejestrowania we właściwym urzędzie co dwa lata oraz wykonywania raz na rok badań zdrowotnych potwierdzających ich dobry stan fizyczny. Co więcej, na otworzenie domu publicznego od 2017 r. wymagane jest urzędowe pozwolenie. Wnioskodawcy są prześwietlani pod kątem wcześniejszej karalności – w momencie wykrycia nielegalnej działalności bądź innych zatargów z prawem licencja nie jest udzielana. W domach narzuca się też minimalne standardy pracy, takie jak ściany działowe między pokojami, zamki w drzwiach czy bezwzględny brak tolerancji dla agresji i przemocy. Zakazano również praktyk polegających na tym, że po uiszczeniu jednej opłaty klient może korzystać z usług dowolnej liczby kobiet lub mężczyzn. W dalszym ciągu w prawie niemieckim pozostał zapis o karalności procedur zmuszania osób do prostytucji bądź korzystania z usług osób zmuszanych. Pozwolenie na działanie domów publicznych, kontrola ich funkcjonowania przez państwo czy opodatkowanie usług seksualnych pozwoliło jednak na znaczną poprawę bezpieczeństwa i komfortu pracowników seksualnych.

Rząd niemiecki zrozumiał już prawie cztery lata temu, że prostytucji nie da się zatrzymać. Jest to zjawisko od wieków funkcjonujące w społeczeństwie. Penalizacja zrzeszonych działań (w formie agencji towarzyskich i domów publicznych) spycha je jedynie na czarny rynek pełnego nadużyć, przemocy i strachu, a niedopowiedzenia prawne w odniesieniu do samodzielnie świadczonych usług kształtują system braku zaufania i pozostawienia części obywateli na pastwę losu. Polski ustawodawca powinien zadać sobie pytanie – czy w imię obrony zasad chrześcijaństwa można zostawiać kogokolwiek za sobą i odmawiać mu podstawowych świadczeń. Idealistycznie bowiem, zgodnie z art. 32 § 2 Konstytucji RP nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny. Czy dzisiaj rzeczywiście tak jest? Zuzanna, Daria, Luiza, Marcel i wielu innych pracowników seksualnych raczej się z tym nie zgodzą. Ile czasu musi minąć, abyśmy odrzucili dzielące nas różnice i włączyli każdego do społeczeństwa na równych prawach niezależnie od jego poglądów, orientacji seksualnej czy – tak jak w tym przypadku – ścieżki kariery? Mam nadzieję, że niewiele.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *