Co nowego w edukacji?

Nowy semestr – stare wyzwania. Czy to dla wykładowców na uczelniach (również na naszej Alma Mater), czy nauczycieli (w szkołach, które przeszły na tryb zdalny lub hybrydowy nauczania). Warto sobie zadać pytanie: czy w takich warunkach da się uczyć oraz nauczać?

Wojciech Godlewski

Wielu ze studentów pewnie nieraz słyszało: To zależy. I rzeczywiście, najczęstsza odpowiedź – jak przystało na uczelnię ekonomiczną – na pytanie Jak tam zajęcia zdalne na SGH? brzmi To zależy. Jeśli jednak zależy, to od czego?

Prawdopodobnie w dużej mierze zależy to od chęci wykładowcy do ciekawego prowadzenia zajęć (lub jej braku). Zarówno program MS Teams, jak i programy pokrewne oferują dużą paletę nowatorskich rozwiązań.

Co z sesją?

Pierwsza widoczna różnica w nauczaniu zdalnym w porównaniu z nauczaniem tradycyjnym, stacjonarnym jest następująca: zdecydowanie mniejsza część wykładowców urządza tradycyjne egzaminy. Jakie są dla tego alternatywy?

Pierwsze, co może przyjść do głowy to egzaminy ustne. Ich wadą jest oczywiście mniejsza obiektywność, jednak mają zasadniczą zaletę. Jeśli wykładowca będzie oceniał sprawiedliwie i bez uprzedzeń, to ocena końcowa będzie oddawała rzeczywistą wiedzę z zakresu danego przedmiotu – wszak wykładowca będzie na własne oczy widział, czy dana osoba opanowała materiał. Oczywiście często wręcz niemożliwe urządzenie jest egzaminów ustnych dla wykładowcy, który prowadzi różne przedmioty, na które łącznie uczęszcza czasem aż 500 studentów. Przyjmując założenie, że poświęca się 20 minut na przepytanie studenta i egzaminuje się codziennie przez 10 godzin bez przerwy, takie rozwiązanie zajęłoby ponad 16 dni.

Inną metodą zaliczenia przedmiotu mogą być egzaminy urządzane za pomocą platform takich jak Niezbędnik E-SGH, czy też MS Forms (ta druga dostępna bezpośrednio z poziomu programu MS Teams). Jest to oczywiście możliwie najbardziej obiektywna w ocenie forma zaliczenia. Często wykładowca przy tworzeniu zaznacza, która odpowiedź jest poprawna i system sam spodlicza zdobyte przez studentów punkty. Od razu jednak pojawiają się różne obawy ze strony wykładowców i studentów. Ci pierwsi zadają sobie pytanie: Czy studenci będą odpowiadać samodzielnie? Przecież nie ma rzetelnej możliwości, żeby to kontrolować. Studenci martwią się natomiast o problemy techniczne.  Nie jest to wygodna dla nikogo sytuacja.

Zlikwidować sesję!

Są też wykładowcy, którzy podchodzą w bardziej nowatorski sposób do sprawdzania wiedzy studentów. Przykładowo, wiele przedmiotów w trakcie nauki zdalnej może zaliczyć projektem. Oczywiście, co innego będzie ten termin oznaczał na zajęciach informatycznych, co innego na socjologii, a jeszcze co innego na zajęciach mających rozwijać kompetencje miękkie.

Przyjrzyjmy się kilku hipotetycznym sytuacjom. Niech pierwszą z nich będzie taki przedmiot jak socjologia, ale może to też być wymienna z nią filozofia. Wykładowca może zostawić studentom dużą dozę swobody w pracy nad projektem. Formą projektu może być badanie raport czy prezentacja, a wykładowca równolegle prowadzi normalne zajęcia, przeznaczając ostatnie dwa lub trzy spotkania  na podsumowanie pracy projektowej.

Ale może być i przecież tak, że wykładowca wyznacza konkretne zadania do wykonania przez studentów. Mógłby na przykład, jako pierwszy etap, poprosić o zapoznanie się z podaną literaturą i na jednym z wykładów ją podsumować. Jako kolejny krok mógłby wyznaczyć przykładowo przygotowanie formularza badawczego, z którego konkretna grupa przeprowadzająca badanie skorzysta. I tak wykładowca mógłby prowadzić różne grupy badawcze aż do podsumowania. Wymaga to oczywiście dużego nakładu pracy.

Czy zamawiał pan… program?

Z drugiej strony mamy przedmioty bardziej informatyczne. Przedmioty, które uczą programowania można przecież zaliczyć tworząc własny program – dostosowany pod pewien wyimaginowany biznes. Albo może opracować pewien szablon bazy danych do użytku przez firmę zajmującą się przykładowo wynajmem samochodów. Jest to oczywiście tylko pewna egzemplifikacja ogólnego konceptu, bo firma ta równie dobrze mogłaby świadczyć usługi cateringowe, czy też armatorskie.

A być może, na zajęciach szlifujących raczej umiejętności miękkie, czy biznesowe, dobre jest tworzenie projektu w grupach. Tak naprawdę wszystko zależy tylko i wyłącznie od kreatywności i pomysłowości prowadzącego zajęcia.

Nie samym zaliczeniem człowiek żyje

Oczywiście egzaminy (czy też inna forma sprawdzenia wiedzy i zaangażowania słuchaczy wykładów) to tylko wierzchołek góry lodowej, jaką jest system edukacji. Wszak nie o to chodzi, żeby iść zasadą „trzech Z” (zakuć, zdać, zapomnieć – niektórzy jeszcze kolejne czynności po tym dodają), lecz żeby coś z zajęć wynieść.

Wiadomym jest, że dużym problemem polskiego systemu kształcenia (w tym wyższego) jest większe skupianie się na sprawdzaniu wiedzy niż na jej przekazywaniu. Od podstawówki jesteśmy przygotowywania do „trzecioteścików”, sprawdzianów szóstoklasisty (czy obecnie ósmoklasistów), egzaminów gimnazjalnych, a na koniec obligatoryjnej ścieżki edukacyjnej większość uczniów pisze matury. Tak samo potem na studiach: pierwsze, co interesuje studentów to odpowiedź na pytanie Jak wygląda egzamin? Jest to oczywiście zrozumiałe – każdy chce znać zasady gry wraz z jej rozpoczęciem.

Tak samo w trakcie pandemii można na wielu grupach stworzonych specjalnych dla studentów SGH przy pytaniu o opinię na temat konkretnego wykładowcy zobaczyć pytanie o to, jak wygląda zaliczenie w trybie zdalnym. Często odpowiedź jest o tyle trudna, że i wykładowcy również uczą się nowej sytuacji i zaliczenie w semestrze zimowym może się zgoła różnić od tego w semestrze letnim. Jednak może czasem warto się zastanowić nie nad tym, czy egzamin będzie abcd, czy może pytania otwarte, a na tym, czy mnie wykładowca da radę w nowatorski sposób do niego przygotować.

Grzechy pierworodne

Oczywiście, będą prowadzący, którym nie będzie zależeć. W każdym środowisku zdarzają się ludzie, którzy pracę – kolokwialnie rzecz ujmując – odbębniają. Być może chodzi o wypalenie zawodowe, być może o nieumiejętność dostosowania się pod nową sytuację lub minięcie się z powołaniem (co się, niestety, w każdym środowisku zawodowym dzieje).

Chodzi tutaj oczywiście o wykładowców, których sale wykładowe w stacjonarnym trybie nauczania świeciły pustkami, a na egzaminach studenci wychodzili albo z pewnymi ocenami bardzo dobrymi, albo też podłamani sprawdzianem z informacji, o których istnieniu wcześniej sobie nie zdawali sprawy. W zdalnym trybie nauczania wykładowcy tacy zazwyczaj mogą przykładowo ani razu nie spotkać się ze studentami albo też ustalić taki stosunek liczby pytań do czasu egzaminu, że z cudem graniczy zdanie tego egzaminu.

Nie taki diabeł straszny…

Jednak sytuacja przedstawiona w poprzednich akapitach jest tylko pewnym marginalnym zjawiskiem. Można je porównać do trąb powietrznych – rzeczywiście istnieją i są realnym problemem dla krajów nimi dotkniętych, jednak zdecydowaną większość ludzi trąby te omijają. Podobnie i z wykładowcami. O wiele więcej na SGH jest wykładowców z powołania, którym na dobru studenta zależy.

I tacy właśnie wykładowcy kształtują wygląd edukacji zdalnej. To oni tworzą coś, co nazywa się dobrymi praktykami, a o dobrych rzeczach zawsze warto wspominać. Tak naprawdę znowu jedynym ograniczeniem wykładowców jest ich własna kreatywność.

Testy nie testują studenta

Oczywiście, jedno z pierwszych pytań pojawiających się na zajęciach na SGH jest Czy prowadzi Pan / Pani niezbędnik? Nie da się mówić o nowatorskich metodach kształcenia bez wspominania o niezbędniku E-SGH. Zdarzają się wykładowcy, którzy po każdym wykładzie zamieszczają na tej platformie test podsumowujący. Punkty z tego testu nie muszą się wliczać do ostatecznej oceny przedmiotu a są raczej do wiedzy studenta, ile z wykładu przyswoił.

Skoro już o testach mowa, warto wspomnieć o możliwym wykorzystaniu takiego narzędzia, jakim jest Kahoot. Zarówno strona internetowa, jak i aplikacja umożliwiają przeprowadzanie prostych testów jednokrotnego wyboru. Niektórzy prowadzący pod koniec zajęć (zwłaszcza, jeśli chodzi o ćwiczenia) przeprowadzają krótkiego Kahoota. Również ten sprawdzian nie musi wliczać się w żaden sposób do oceny z przedmiotu, a raczej zasygnalizować uczestnikom ćwiczeń, czy powinni do przedmiotu bardziej się przyłożyć, czy może już to robią w sposób wystarczający.

Popcorn i ekonomia

Inni wykładowcy starają się urozmaicać swoje zajęcia poprzez różnego rodzaju filmy. Przykładem tego typu produkcji może być film o takiej postaci jak Luca Pacioli, kiedy przedmiot jest z zakresu rachunkowości? Przecież na 90 minutach wykładu czy ćwiczeń nie starczy czasu, żeby film dłuższy niż 5 minut obejrzeć. A platformy takie jak YouTube pełne są różnego rodzaju filmów.

Wydawałoby się to najprostsze rozwiązanie, które od prowadzącego zajęcia wymaga tylko znalezienia tego filmu i wstawienia do niego odnośnika na platformie niezbędnika lub MS Teams. Jednak filmy na różnych platformach nie przechodzą żadnej merytorycznej weryfikacji. Obok wielu wartościowych materiałów znajduje się wiele klipów, które u kadry akademickiej mogą wywołać tylko ból głowy lub śmiech. Tych drugich jednak przecież wykładowca studentom nadesłać nie powinien (chyba że zaznaczy, że przesyła to w celach komediowych). Studenci bowiem uznaliby to za bezbłędne źródło wiedzy, co mogłoby być zgubne.

Wystarczy chcieć

Prowadzący zajęcia mają do wyboru bardzo szeroką gamę narzędzi do zachęcenia studentów do udziału zajęć. Poruszone powyżej przykłady są tylko wycinkiem szerszego spektrum instrumentów oferowanych przez naukę zdalną. Prawda jest taka, że jeśli wykładowca będzie się starał i zrobi, co w jego mocy, żeby swoje zajęcia urozmaicić, to uda mu się tego dokonać.

Często jednak wykładowcy nie potrafią tego zrobić, nie wiedzą, gdzie tych narzędzi szukać. Na szczęście wielu z nich nie boi się powiadomić studentów, że jeśli ci mają jakiś pomysł na urozmaicenie zajęć, to mogą o tym prowadzących powiadomić. Wszak warto słuchać się ludzi, którzy w dobrej jakości zajęć mają największy interes.