Recenzje muzyczne – listopad 2020

Eartheater – Phoenix: Flames Are Dew Upon My Skin

 

Autor: Maciej Buńkowski

Kiedy wywodząca się z nowojorskiego undergroundu Alexandra Drewchin zapowiedziała swój czwarty album, oniemiałem. Przyciągająca oczy okładka przedstawiająca postapokaliptycznego sukkuba (projekt Daniela Sannwalda) przywodzi na myśl raczej agresywną muzykę klubową albo coś para-metalowego, a nie orkiestralny folk.
Większa część Phoenix… powstała podczas 10-tygodniowej rezydencji artystycznej FUGA w Saragossie w Hiszpanii, którą artystka spędziła głównie w odosobnieniu. Biegnące przez płytę motywy ognia oraz odradzającego się z popiołu feniksa są spoiwem albumu, przeciwstawiają się także nawiązaniom do wody, obecnym na poprzednim wydaniu Eartheater, zeszłorocznym mixtape Trinity. Brzmieniowo cała płyta jest bliższa pierwszym wydawnictwom Alexandry – znajdziemy tu proste, akustyczne kompozycje (Bringing Me Back), dziwne, skręcone, instrumentalne kolaże (Goodbye Diamond, Burning Feather) czy pompatycznie brzmiące, zasilane przez orkiestrę piosenki folkowe (Below the Clavicle, Faith Consuming Hope). Dominującym instrumentem na albumie jest gitara. Nie uświadczymy tu ani okołorapowych, eksperymentalnych bitów, ani trap-popowych piosenek, jak na dwóch poprzednich wydaniach.
Drewchin towarzyszy także orkiestra. Aranżacje smyczkowe oraz flety muzyków z hiszpańskiego Ensemble de Cámara CSMA dodają kompozycjom dramatyczności, choć w niektórych momentach bardziej przypomina to soundtrack znany z filmów Disneya. Na płycie pojawiają się także poprzedni współpracownicy Eartheater – nowojorski duet LEYA, rozszerzając paletę dźwiękową instrumentalnych części albumu o harfę i skrzypce. Niezaprzeczalnym atutem większości piosenek jest także trzyoktawowy głos Alexandry, dodający dramatyczności, łamiący się w refrenie Below the Clavicle. W najjaśniejszym punkcie albumu, powolnym, folkowym How to Fight, Drewchin śpiewa: I’ve learned by now/That my strength has been forged/In the fire of pain. Cała płyta oscyluje wokół jej transformatywnych doświadczeń emocjonalno-miłosnych i ich potencjału do rewolty.
Phoenix… jest najbardziej teatralną i dopracowaną z płyt Eartheater. Nie wszystkie momenty dorównują tutaj singlom, ale płyta brzmi kompletnie i nie ma zmarnowanych minut. Finałowe Faith Consuming Hope to repryza początku wydawnictwa, spinająca cały theme albumu w całość. The only way out of this is through flames – śpiewa w nim Drewchin. A my chcemy tylko móc podążać za nią, prosto na drugą stronę.

Ocena: 4/5

 

 

 

Sasha Sloan – Only Child

 

Autorka: Karolina Owczarek

Only Child to debiutancki album Sashy Sloan, indie-popowej wokalistki, która do tej pory skupiała się na wydawaniu epek i pisaniu piosenek dla takich wykonawców jak Katy Perry, Charli XCX czy Camila Cabello. Słuchacze artystki cenią jej muzykę właśnie ze względu na teksty, z którymi większość z nich może się utożsamiać.
Album otwiera akustyczna, miłosna ballada Matter To You. Nie jest to jednak jedyny utwór o tej tematyce. Hypochondriac mówi o tym, jak autorka zmieniła podejście do swojego zdrowia, kiedy poznała obecnego chłopaka. W tytułowym Only Child oraz w utworach House With No Mirrors i Santa’s Real Sasha wraca do swojego dzieciństwa i nastoletnich lat. Mimo że większość kawałków jest spokojna i sentymentalna, na płycie nie zabrakło bardziej żywych utworów, takich jak pierwszy singiel Lie oraz Is It Just Me? W tym drugim Sloan dzieli się swoimi opiniami, które są tak naprawdę powszechne, jednak nie mówi się o nich głośno – sztuka nowoczesna to nudy, Przyjaciele nie zasługują na status serialu kultowego, a małe dzieci wcale nie są słodkie. Im bliżej końca albumu, tym piosenki robią się coraz bardziej ponure, a teksty – coraz mniej optymistyczne. Someone You Hate nawiązuje do nieszczęśliwego związku artystki, zaś Until It Happens To You mówi o uczuciach towarzyszących stracie bliskiej osoby. Płyta kończy się jednak dość pozytywnym i sentymentalnym High School Me, w którym Sasha śpiewa o zmianach, które zaszły w niej od czasów liceum i o tym, że obecnie czuje się lepiej we własnym ciele.
Only Child to nie album dla każdego. Osoby preferujące skoczne rytmy nie znajdą na nim piosenek dla siebie. Składa się on głównie z powolnych i sentymentalnych kawałków, właściwie tak, jak poprzednie wydania Sloan. Być może początkująca artystka nie jest skora do eksperymentów. Wyszło poprawnie, jednak przy kolejnej publikacji liczę na większą różnorodność.

Ocena: 3,5/5

 

 

 

Marylin Manson – We Are Chaos

 

Autor: Kuba Kołodziej

W twórczości Marilyna Mansona zawsze doceniałem jego zdolność wplecenia w swoje albumy pewnej historii oraz nadania każdemu z nich unikalnego stylu. Najlepsza pozycja w dyskografii Mansona (Mechanical Animals) przedstawiała historię pozaziemskiej istoty, która po przybyciu na Ziemię została przyjęta niczym bóg i uniesiona do statusu supergwiazdy. Czas jednak pokazał, że ludzkość, niczym rak, doprowadziła do jej zepsucia i śmierci. Oczywiście w rolę głównego bohatera wcielił się nie kto inny, jak sam Marilyn Manson. Historia ta została opowiedziana jednak dwie dekady temu. Od tego czasu wydanych zostało siedem kolejnych albumów, dzięki którym mogliśmy poznać m.in. nieszczęśliwego wampira czy złoczyńcę-mizantropa. Z jakim Mansonem mamy zatem do czynienia w 2020 r.?
Ku mojemu zaskoczeniu, We Are Chaos prezentuje tego twórcę w najbardziej ludzkiej postaci od lat. Manson nie stara się już wzbudzać kontrowersji swoim wizerunkiem – ukazuje się raczej jako starzejący rockman, zapisujący swoje wspomnienia na taśmie, poddający kontemplacji swoją artystyczną działalność i wspomnienia. Przykładem jest zwieńczająca album emocjonalna ballada Broken Needle, w której autor podkreśla zmęczenie życiem oraz wyraża brak chęci do zmiany swojej osoby. Paradoksalnie, We Are Chaos nie ma nic wspólnego z chaosem. To najbardziej spójna płyta wydana przez artystę w ciągu ostatniej dekady. Co więcej, coś, co w założeniu miało być kolejnym Mansonowym alternatywno-rockowym albumem, łamie gatunkowe granice i wkracza na zupełnie nowe, niezbadane do tej pory przez niego terytorium. Wprawne ucho wyłapie tu nie tylko inspirację Davidem Bowiem, przejawiającą się indie-rockowymi naleciałościami (na przykład w tytułowej piosence), ale także wpływ gwiazdy country Shootera Jenningsa, producenta tego albumu. Mimo zafundowania fanom takiego miksu, wciąż czuć, że jest to projekt Mansona – prym wiedzie jego unikalny głos, a dopełnia rozbudowana warstwa muzyczna.
Zapadają w pamięć chwytliwe refreny – niemal od zawsze był to znak rozpoznawczy tego wykonawcy. Fantastyczne Don’t Chase the Dead emanuje klimatem rocka z lat 80., a Red Black and Blue posiada minutowe, mówione intro oraz soczystą linię basową. Każdy utwór czymś się wyróżnia – nie sposób się nudzić podczas słuchania. We Are Chaos to niezwykle udany album będący jedną z niewielu dobrych rzeczy, które przydarzyły się w tym roku.

Ocena: 4,5/5