Czwarta Ściana Sportu

W sporcie szatnia to rzecz święta. Zawodnicy wypowiadają się ostrożnie na temat relacji w drużynie, wywiady autoryzowane są przez kluby, a wiedzę o tym, co dzieje się wewnątrz zespołu, posiadają nieliczni. Jednak brama do tego zakazanego świata zaczyna się powoli otwierać, a jednym z kluczy stają się seriale dokumentalne, niosące za sobą zainteresowanie ludzi oraz duże pieniądze.

Tekst: Jan Rochmiński

Widz syty i kabza cała

Wszyscy wiemy jaką popularnością cieszą się imprezy sportowe. Szokujące jest zaś to, jak ogromną przewagę mają nad innymi transmisjami. W rankingu oglądalności telewizyjnej na świecie, pierwsza pozasportowa pozycja to pogrzeb księżnej Diany, który uplasował się dopiero na 26. miejscu. Na czele znajdują się Igrzyska Olimpijskie w Londynie w 2012 r., które oglądało około 3,6 mld ludzi co, na tamten czas, stanowiło ponad połowę globu.

Sama transmisja wydarzenia jest znacząca, ale jak się okazuje – niewystarczająca. Żeby zaspokoić widza, trzeba dać mu coś więcej, coś co pozwoli, by czuł się doceniony. W tym celu studia meczowe są wypełnione opiniami ekspertów, wywiadami ze sportowcami, pracownikami klubów; pokazywane są analizy taktyczne i rozpatrywane sytuacje sporne. Z  drugiej strony, same drużyny czy zawodnicy chcą, by widz mógł się z nimi utożsamić i poczuć jako część pewnej grupy. Dlatego wstawiane są ogromne ilości materiałów zza kulis – social media pełne są filmów takich jak te Łukasza Wiśniowskiego i Jakuba Polkowskiego którzy, podczas Euro 2016 na kanale Łączy nas Piłka, podróżowali z  reprezentacją i relacjonowali codzienne życie kadry, regularnie meldując się w zakładce „na czasie” polskiego YouTube’a. Popularność takich produkcji cały czas rośnie i od kilku lat coś na kształt sportowego reality show, bądź seriali dokumentalnych, tworzą tak uznane firmy jak Amazon czy Netflix, pokazując to, co do tej pory było tajemnicą. Te serie dają nam dostęp do szatni, pozwalają doświadczyć emocji zawodników, napięcia podczas ważnych wydarzeń, radości po wygranej i rozpaczy po porażce. Sukcesywnie wciągają widza w wir tego, co dzieje się na co dzień w zespole i, jak nigdy wcześniej, serwują zakulisowe smaczki. Współczesna szatnia nie jest już miejscem świętym – powoli staje się sceną, dzięki której coraz bardziej wsiąkamy w tę sportową rzeczywistość.

Wiosną tego roku COVID-19 zmusił niemal cały świat do zawieszenia rozgrywek sportowych. Wszyscy ludzie, którzy namiętnie śledzili poczynania ukochanych drużyn czy zawodników, zostali pozbawieni możliwości przeżywania emocji związanych z występami ulubieńców. Brak transmisji na żywo spowodował pojawienie się luki w telewizji, którą stacje sportowe wypełniały powtórkami starych meczów, wywiadami, czy właśnie dokumentami sportowymi. ESPN i Netflix zwęszyły w tym wszystkim interes – już w kwietniu, po przyspieszonej premierze, na ekranach zadebiutował The Last Dance.

Ostatni Taniec to serial dokumentalny, który ukazuje losy legendarnej dynastii Chicago Bulls z lat 90., której liderem był, być może najlepszy, a na pewno najpopularniejszy koszykarz wszech czasów – Michael Jordan. W dokumencie współczesna narracja bohaterów tamtych czasów, przeplata się z opiniami ekspertów oraz nigdy wcześniej niepublikowanymi nagraniami stworzonymi przez ekipę filmową, która w  sezonie 97/98 podróżowała razem ze sławną drużyną.

Powrót Jordanomanii

Świat dosyć szybko ponownie oszalał na punkcie „Byków” – w samych Stanach pierwszy odcinek został obejrzany przez 5,73 mln osób (dla porównania tegoroczną pierwszą grę finału NBA obejrzało 7,41 mln widzów), a Jordanowskie „and I took that personally” jest już ikonicznym tekstem.

The Last Dance – fot. Materiały Prasowe ESPN

Na szczęście produkcja spełniła oczekiwania fanów. Dziesięć odcinków serialu zgrabnie opowiada historię Chicago Bulls z tego okresu, a każdy z nich ukazuje jej inny aspekt, bądź perspektywę. Tym samym poznajemy Jordana jako niesamowitego profesjonalistę, ale także niemalże dyktatora drużyny, który, by osiągnąć zwycięstwo, nie cofnie się przed niczym. Widzimy także cichego, niedocenianego Scottiego Pippena, który stanowił jednak niesamowicie ważny element całej układanki. W trzecim i czwartym odcinku reżyser przedstawia zażartą walkę pomiędzy Bullsami i „Bad Boys” z Detroit Pistons oraz skupia się przez dłuższą chwilę na postaci Dennisa Rodmana, który wyznaje jak ogromnie męcząca psychicznie była dla niego koszykówka. Jest to coś, co doceni nawet widz nie mający z tą dyscypliną nic wspólnego. Cały serial pokazuje sport z innej perspektywy niż widzimy go na co dzień. Słuchając bohaterów, możemy zapomnieć przez chwilę o tym jak niesamowitymi są atletami i skupić się na ich słabościach, lękach i nadziejach. Bardzo mnie cieszy że ESPN i Netflix postarali się dać kibicom próbkę wszystkich problemów i  trosk, które trzeba zostawić w szatni przed meczem.

I choć bardzo znaczące jest to, że jednym z koproducentów The Last Dance jest Michael Jordan, przez co niektóre afery z jego udziałem zostały pominięte lub przedstawione niewystarczająco dokładnie, to i tak mam nadzieję, że serial ten wyznaczy pewien trend w realizacji dokumentów sportowych.

Wyścig po widownię

Trzeba jednak zaznaczyć, że popyt na takie produkcje nie jest wyłącznie skutkiem pandemii, chociaż uważam, że pozwoliła im ona dotrzeć do szerszej publiczności. Już wcześniej pojawiły się Sunderland ‘Til I Die, czy dosyć rozległa seria Amazona All or nothing, która skupiła się na kilku drużynach amerykańskiej NFL (futbol amerykański). Powstały także dokumenty o Manchesterze City i Tottenhamie Hotspur; warto również wyróżnić koprodukcję Formuły 1 i Netflixa pod tytułem Drive to Survive.

Drive to Survive – fot. Materiały Prasowe Netflix

Podobnie jak The Last Dance, Jazda o życie to dziesięcioodcinkowy serial dokumentalny. Jest między nimi jednak jedna, znacząca różnica, a mianowicie świeżość wydarzeń. Drive to Survive opowiada o sezonie 2018 F1, a premiera pierwszego epizodu miała miejsce nieco ponad cztery miesiące po zakończeniu mistrzostw. Dokument jest swego rodzaju fenomenem – ogląda się go jak niesamowicie wciągające reality show.

Ekipa Netflixa przez całe mistrzostwa podróżowała razem z drużynami i nagrywała prawie wszystko, co działo się na torze i poza nim. Każdy odcinek skupia się wyłącznie na jednej, bądź dwóch ekipach, pokazując nie tylko wyścig z ich perspektywy, ale także opowiadając ich historię, pozwalając dowiedzieć się co czują, bądź czego oczekują od siebie poszczególni kierowcy. Tworzona w ten sposób narracja umożliwia nam przeżycie wyścigu na nowo, tym razem będąc zdecydowanie bliżej akcji. Już pierwszy odcinek dostarcza nam ogromnej dawki emocji. Rozpoczyna się powoli, gdy poznajemy postać australijskiego rajdowca – Daniela Ricciardo, który odpoczywa w swoim kraju przed bardzo ważnym dla niego sezonem. Spędzamy czas z jego rodziną, słuchamy o czym Daniel myśli przed wyścigiem, co chciałby osiągnąć. Czuć presję narastającą w jego obozie przed startem mistrzostw. Premierowy odcinek ukazuje również młody, amerykański zespół – Haas. Kwalifikacje do pierwszego wyścigu w sezonie są najlepsze w ich historii. Pierwszoplanową postacią w narracji jest Guenther Steiner – menadżer teamu. Jego ekscytacja z powodu świetnego rezultatu jest zaraźliwa, chce się kibicować Haasowi, który nadal jest underdogiem w świecie Formuły 1. Niestety sam wyścig kończy się dla nich niepowodzeniem, gdyż obydwu zawodników musi zakończyć go przed metą z powodu niedokręconego podczas pit-stopu koła.

Takie wydarzenia są druzgocące i niezależnie od sympatii, czy jej braku, człowiekowi robi się żal. Sam Steiner podczas rozmowy z właścicielem drużyny mówi:

Przez chwilę byliśmy jak gwiazdy rocka, a skończyliśmy jak banda kretynów.

Bardzo mocno podkreślony jest ogromny stres i nieustająca presja, by cały czas być coraz lepszym i osiągać zamierzone wyniki. W tym sporcie pieniądze są tak ogromne, że nie ma miejsca na sentymenty. Jeśli nie osiągasz zadowalających rezultatów, na Twoje miejsce czeka wiele osób gotowych poświęcić wszystko, by dostać się do elity wyścigów.

Najlepsza w serialu jest łatwość w znalezieniu kierowcy czy drużyny, z którymi można się utożsamić. To wszystko budowane jest po to, aby przyciągnąć nowych widzów do F1, a stałym kibicom pozwolić jeszcze bardziej zagłębić się w  ten sport. Oczywiście, w tym celu Netflix używa wielu filmowych zabiegów, pokazując chociażby tragiczną historię Charlesa Leclerca, którego tata zginął na kilka dni przed jego wygraną w wyścigu F2 w Baku, a ojciec chrzestny poniósł śmierć wskutek tragicznego wypadku w wyścigu F1 dwa lata wcześniej. Wiedząc o tych wydarzeniach, trudno nie kibicować chłopakowi. Sztuka tkwi w tym żeby, podobnie jak u Jordana, ukazać ludzkie oblicze atletów – przedstawić ich historię oraz uczucia.

Co dalej?

Jedno jest pewne – takich produkcji, jak wyżej opisane, będzie coraz więcej. Niedawno potwierdzony został serial o niezwyciężonej drużynie Arsenalu z sezonu 2003/04, której narratorem będzie sam trener „Kanonierów” z tamtego czasu – Arsene Wenger. I chociaż to wydarzenia sprzed kilkunastu lat, to kibice nadal trzymają je głęboko w sercu. Na pewno znajdzie się wielu chętnych, by posłuchać Wengera, dokładającego kolejne, nowe elementy do tamtej historii. Wiadomym jest również, że to uchylanie rąbka tajemnicy odbywa się w sposób kontrolowany, jeśli mowa jest o dosyć odległej przeszłości, a co dopiero, gdy nagrywa się materiały na żywo. Głód fanów jest jednak nadal bardzo duży, a wszelkie plotki dotyczące funkcjonowania szatni po prostu się „klikają”. Wobec tego, zamiast walczenia z  niewygodnymi pytaniami, sportowi specjaliści od mediów zaczynają sprzedawać te informacje oficjalnie. Tym samym mają rzeszę zadowolonych osób wspierających klub, sporo nowych kibiców, którzy polubili zespół czy zawodnika po obejrzeniu serialu, a przepływ informacji wychodzących z szatni, pozostaje we władzy zarządzających klubem.

Pozostaje zadać pytanie, jak daleko posuną się te działania? Czy reporterzy będą mieli kiedyś wolny dostęp do ekskluzywnej dotąd szatni? Czy będziemy mogli usłyszeć jak trener gani zawodników w przerwie meczu podczas transmisji na żywo, czy pozostaną nadal strefy święte, niedostępne dla mediów? Można odnieść wrażenie, że to sacrum będzie powoli, ale sukcesywnie, przełamywane. Oczywiście, znajdą się przeciwnicy takich działań, ale wydaję się, że zostaną zmuszeni do zaakceptowania nowej rzeczywistości.