Gdzie się podziały tamte rąbanki?

Kto dzisiaj wertuje papierowy program TV w poszukiwaniu nieznanych, dwugwiazdkowych filmów? Kto pamięta uczucie drżących rąk ściskających tanią kasetę VHS upolowaną w wypożyczalni? Czasy się zmieniają. Pewne dzieła filmowe znikną z ludzkiej świadomości na zawsze. To być może ostatni dzwonek, by przypomnieć sobie o kinie sensacyjnym klasy B z końca XX wieku – gatunku, który dostarczał rozrywkę pokoleniu naszych rodziców i tym przed nimi.

Tekst: Bartłomiej Pacho

Każdy, kto choć raz oglądał Rejs (1970) Marka Piwowskiego, wie, że w polskim kinie „w ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje”. Inżynier Mamoń z pewnością należał do wymagających widzów. Ciekawe, co by powiedział, gdyby 20 lat po wypowiedzeniu tych kultowych słów przeszedł się do wypożyczalni kaset VHS i zamówił kilka pozycji z amerykańskiego kina akcji. Może ten rodzaj seansu zadowoliłby jego wysublimowane gusta? Pod względem dostarczania widzom solidnej dawki adrenaliny, filmy sensacyjne klasy B z lat 80. i 90. były czymś niezrównanym. Wykreowały aktorów mających dziś status legend i postacie, które definiują słowo „twardziel” i pozwalają trwać kulturze macho. Dziś wszystkie te produkcje zaszły warstwą kurzu. Zdmuchnijmy ją na moment niczym smużkę dymu unoszącą się z lufy magnuma.

Wydaje się, że przynajmniej od czasów mitów o Heraklesie ludzie potrzebują opowieści o herosach. Dzisiaj na tacy podają nam ich produkcje o superbohaterach, w latach 70. światowe kino zaopatrywało masy w opowieści rodem z dzikiego zachodu. Wtedy też w cieniu, czy to w obrazach o sztukach walki, czy to w filmach fantasy rodziło się nowe pokolenie. Pokolenie niegrzecznych chłopców gotowych wprowadzić do kina akcji więcej mroku i brutalności.

Schwarzenegger, van Damme, Lundgren, Norris, Stallone – choć młodych gniewnych, którzy zdominowali filmy sensacyjne klasy B w dwóch ostatnich dekadach XX wieku było więcej, te nazwiska znane są dziś powszechnie. Kiedy dowolne z nich, powtórzone matowym głosem lektora, otwiera jakąś produkcję, od razu można zgadywać, czego należy się po niej spodziewać. Nie da się wybronić akcyjniaków z tamtych lat, jeśli ktoś oskarży je o uschematyzowanie, seksizm, czy ubogie aktorstwo. Większość z nich słusznie miażdżona była przez krytyków, a w dyskusjach o poważnym kinie raczej nie padnie żaden z tytułów, w którym za swoich najlepszych lat zagrali wspomnieni gentelmeni. Ale co z tego? Rambo: pierwsza krew, Strażnik Teksasu, Robocop, Uniwersalny Żołnierz nie tylko zarobiły na siebie, ale zbudowały całe sagi i uniwersa, a dziś uważane są za pozycje kultowe. Dzisiejszym akcyjniakom, nawet tym kinowym, rzadko udaje się osiągnąć to ostatnie. Czego brakuje współczesnym produkcjom? Co sprawiało, że w erze VHS produkcje ze „starą gwardią” znane były w każdym domostwie? Cóż, odpowiedź kryje się w początku tego akapitu. Należy wczytać się w te pięć nazwisk i poznać ich historie. I zapamiętać je dokładnie. Ich właściciele nie lubią się powtarzać.

Wściekła Piątka

Nie ma co ukrywać, że najbardziej zwariowaną, ale i imponującą karierę zrobi Austriak Arnold Schwarzenegger. Nie chodzi tylko o to, że do dziś jeszcze gra Terminatora. W 2003 roku z ramienia Partii Republikańskiej został ambasadorem Kalifornii. Nim jednak zasłynął w świecie kina i polityki, włożył ogrom wysiłku w kształtowanie swojego wizerunku – dosłownie. Arnie uznawany jest za kulturystę wszech czasów. Jego ciało z czasów młodości przypomina klasycystyczne rzeźby bogów i herosów. Ktoś może kręcić nosem, że wkręcił się do Hollywoodu dzięki muskulaturze. To prawda, lecz jeszcze raz trzeba podkreślić, że Schwarzenegger nie był jakimś tam mięśniakiem – w kulturystyce stał się mistrzem, co z pewnością wymagało od niego lata wyrzeczeń, ciężkiej pracy i poświęceń. Pod względem aktorstwa konsekwentnie odznaczał się ekspresją godną kawałka drewna – od Conana Barbarzyńcy (1982) do Terminatora: Mrocznego przeznaczenia (2019) grał niezbyt emocjonalnych osiłków. Kiedy jednak dodać do tego jego potężną aparycję i twarz rodem z socrealistycznego posągu, okazuje się, że austriacki olbrzym to postać nie z tego świata. Niemal w każdym swoim filmie od razu widać, że Arnolda nic nie jest w stanie powstrzymać. Że jego bohater to siła, pozbawiona emocji, będąca ponad swoich przeciwników. Być może dlatego Schwarzenegger tak często romansował z kinem sci-fi, do jego najlepszych filmów z pewnością zaliczyć można pierwsze dwie części Terminatora (1984 i 1991), Pamięć Absolutną (1990), czy Predatora (1987). W tradycyjnym kinie akcji również sprawdzał się jednak znakomicie. Wystarczy przypomnieć sobie kultową scenę z Komando (1985), w którym sam jeden oblega twierdzę nie do zdobycia i oczywiście zwycięża bez zbędnych problemów.

Drugim kolosem kina akcji klasy B jest Dolph Lundgren. Wielki Szwed znany jest przede wszystkim z roli przeciwnika Sylvestra Stallone w Rockym 4 (1985). Mało kto wie, że Dolph posiada magistrat z chemii, a jego IQ wynosi 160 (a więc dorównuje Billowi Gatesowi). Ponadto może pochwalić się tytułem mistrza Europy w karate. Lundgren dzięki swojej aryjskiej urodzie, a jednocześnie nieco odrzucającym rysom twarzy stał się świetnym materiałem na antagonistów. To z tych ról jest znany szerszej publiczności. Poza słynną walką bokserską z Rockym, widzowie pamiętają go jako przeciwnika Jean Claude van Damme’a z Uniwersalnego Żołnierza. Zazwyczaj jednak przywdziewał metaforyczny biały kapelusz. Najlepsze z lepszych filmów, gdzie można zobaczyć go w takiej roli to Mroczny Anioł (1990) i Punisher (1990). Do jego postaci czasem wkradała się jednak niedoskonałość, czy to w postaci nadmiernej buty, czy szaleństwa.

Najsłynniejszym przeciwnikiem i jednocześnie przyjacielem Lundgrena był Belg Jean Claude van Damme. Zasłużenie zwany „muskułami z Brukseli”, posiadacz czarnego pasa karate, zawodnik kickboxingu, a nawet adept baletu. Rzeźba tego aktora jest rzeczywiście posągowa, wszystko to jednak blednie przy jego wykopie. Van Damme potrafił zrobić szpagat od niechcenia, a w starciu momentalnie unosił stopę na wysokość twarzy przeciwnika. Nic dziwnego, że najlepiej wypadał w filmach o sztukach walki takich jak Quest (1996), Bloodsport (1988), czy Kickboxer (1989). Van Damme nie bał się też kina sci-fi. Poza wspomnianym, lekko futurystycznym Uniwerslanym Żołnierzem wystąpił min. jako policjant walczący z podróżnikami w czasie w Strażniku czasu (1984). Jego kopniaki słynne są więc, jak czasoprzestrzeń długa i szeroka.

Rambo: pierwsza krew, reż. Ted Kotcheff

Autorem innego słynnego kopnięcia jest Chuck Norris. Rudzielec z Oklahomy może się pochwalić nie tylko umiejętnością klaskania jedną ręką, ale przede wszystkim sześciokrotnym mistrzostwem świata w karate. Na ekranie pełnoprawną walkę przegrał tylko raz, w swoim drugim filmie – Droga Smoka. Cóż poradzić, gdy musiał zmierzyć się z Brucem Lee. Chuck Norris jest zdecydowanie najbardziej amerykańskim gigantem kina akcji. Z reguły wciela się w postać wiernego ojczyźnie komandosa, jak w Oddziale delta (1986), czy Zaginionym w Akcji (1984) lub rangera wymierzającego sprawiedliwość w serialu Strażnik Teksasu (1991-2001) oraz w Samotnym Wilku McQuade’ie (1983). Co ciekawe Norris nie zawsze korzystał ze swojej znajomości sztuk walki. Lubił wdać się w długą strzelaninę, która szybko eskalowała w absurdalny spektakl wybuchów i chaosu. Paradoksalnie, zazwyczaj grał miłych facetów o sympatycznym uśmiechu i spojrzeniu, któremu chciało się zaufać.

Na koniec został Sylvester Stallone – nie przez przypadek. Sly nie był kulturystą, nie zdobył mistrzostwa we wschodnich sztukach walki. Był prostym chłopakiem, który mimo wątpliwej urody, desperacko chciał zostać gwiazdą kina. Marzenie to spełniło się, gdy wziął do ręki ołówek i własnoręcznie napisał scenariusz filmu o młodym bokserze. I tak świat usłyszał o Rockym (1985), w którym Stallone zagrał rolę tytułową. Potem szło już z górki – Sylvester dzięki charakterystycznej, krzywej szczęce i tonowi głosu, który sprawia, że Sly do połowy cedzi, a do połowy bełkocze słowa, bardzo dobrze wypadał w roli zarówno dobrego gliny, jak i bezwzględnego mściciela. Do jego najlepszych wczesnych występów należą Człowiek Demolka (1993), Tango i Cash (1989), Cobra (1986), Zabójcy (1995) oraz seria Rambo. Sam aktor miał też większe ambicje, niż tylko tanie kino akcji. Jego rola niezdarnego, wstydliwego szeryfa w Copland (1995) zdradza nie tylko luźny stosunek do siebie, ale też pokłady talentu. Talentu, który wypłynął na wierzch dopiero w filmie Creed: Narodziny legendy (2015), gdzie aktor za rolę starego Rocky’ego otrzymał Złoty Glob i nominację do Oscara. Czy jego kariera nie brzmi jak american dream? Cóż, kto inny miałby go spełnić, jeśli nie Sylvester.

Jak tu ich nie kochać twardzieli

To oczywiście to tylko część gigantów kina akcji z kaset VHS. Byli jeszcze Bruce Willis, który wtedy zaczął budować swoją karierę, Wesley Snipes, mistrz Tai-chi Steven Seagal, błyskotliwy Jackie Chan oraz… wymieniać można by w nieskończoność. W ówczesnych akcyjniakach nagradzany był każdy, kto włożył w swoją drogę na szczyt odpowiedni wysiłek. Zazwyczaj byli aktorami tylko z nazwy – ich gra to często największy mankament ich filmów. Każdy z nich miał jednak inne atuty, dzięki którym był na ekranie prawdziwy – zdolności lub cechy, które doskonalił przez całe życie, aż doprowadziły go do roli filmowego herosa. Dlatego nieważne, kogo grał dany aktor – wszystkie produkcje firmował swoim nazwiskiem, a pot, krew i łzy, jakie lały się z jego bohatera, były potem, krwią i łzami, jakie droga na szczyt wycisnęła z grającego go gwiazdora. Dzięki temu cała akcja, mimo że głupawa i naiwna, potrafiła zaangażować widza i sprawić, że trzymał on kciuki za swojego ulubionego filmowego mięśniaka. A gdy ten dokonywał czynów nadludzkich, zyskiwał szczery zachwyt fanów.

Fenomen tego rodzaju kina porównać można do kultu gladiatorów w czasach starożytnych – szczególnie, że sami aktorzy często wcale nie oszczędzali się w filmowych walkach. Przy pracach nad Rockym 4 Stallone otrzymał od Lundgrena cios tak potężny, że zakończył dzień z szpitalu z poważnymi uszkodzeniami serca. Szwed „zaatakował” też van Damme’a na festiwalu w Cannes, co później okazało się wyreżyserowanym chwytem marketingowym Uniwersalnego żołnierza. Dzięki takim historiom, aktorom udało się jednak zespoić swoje osoby z bohaterami, których grali. Do końca lat 90-tych z sukcesem toczyli więc zażarte boje ku uciesze żądnych krwi i igrzysk tłumów.

To dobry moment, by z nostalgią zapytać się, gdzie dziś miejsce dla takich filmów. Odpowiedź jest przykra: nie ma go. Platformy streamingowe wchłonęły znaczną część kina widowisk klasy B i poddały je pewnym przeobrażeniom. Echa dawnych akcyjniaków rozbrzmiewają jeszcze w filmach z Dwaynem Johnsonem, Jasonem Stathamem i Scottem Adkinsem. Częściowo ducha tych produkcji oddaje seria John Wick. To jednak łabędzi śpiew tego typu obrazów. Odeszły one śmiercią naturalną wraz z dorastaniem pokolenia, które wychowały. Dla dzisiejszych młodych modelowym bohaterem nie jest John Rambo, a od kina rozrywkowego wymagają więcej kreatywności i humoru (a także politycznej poprawności) niż akcji i brutalności. Dawni twardziele odeszli na emeryturę, ich następców nie widać. Z filmami, które tworzyli z pewnością warto się zapoznać, lecz nie łatwo zostać ich fanem. Po cóż więc o nich pisać? Trochę w ramach ciekawostki, trochę dla nostalgii, lecz kto wie, być może za kolejną dekadę światu znudzą się Avengersi. Niewykluczone, iż wtedy okaże się, że kino akcji klasy B na odchodnym zdążyło jeszcze powiedzieć: „I’ll be back”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *