Mimowolny celibat, dobrowolna mizoginia

Od marca ograniczamy kontakty międzyludzkie, bo zmusza nas globalna pandemia. Istnieją jednak grupy ludzi, którzy robią to od lat. I wychodzi na to, że zmuszamy ich my.

Tekst: Anna Halewska

Po Polsce jeżdżą ciężarówki ostrzegające przed seksualizacją dzieci. Głoszą historie o lobby LGBT, które według nich bezwzględnie chce uczyć najmłodszych o masturbacji, wyrażaniu zgody na seks i orgazmie. Treści programu nauczania mogą być różne, ale na seks ciężko się nie natknąć w popkulturze. W wielkim mieście, ale i w małych miejscowościach. W telewizji, internecie, w reklamach. Wszechobecne wzorce seksualne są tak dużą częścią środków masowego przekazu, że okazały się być też częścią naszych osobowości. Kreują nas na wiele sposobów, ale prawdopodobnie najmocniej określają osoby, które seksu nie doświadczają.

Dobre złego początki

Fora internetowe inceli powstały jako miejsca wsparcia i wyznań samotnych młodych dorosłych. Termin pochodzi z angielskiego involuntarily celibate i określa osoby, którym mimo chęci, a nawet wysiłków, nie udaje się nawiązywać stosunków płciowych z innymi członkami społeczeństwa. Miał być to ruch zdrowy, zrzeszający tych, którzy nie mogą odnaleźć się we współczesnych rytuałach związanych z poszukiwaniem partnera. Łatwo zrozumieć to nieszczęście i współczuć bólu związanego z brakiem drugiej połówki. Część osób identyfikujących się jako incele na tym etapie pozostała, szukając szczęścia w miłości. Jednak wielu innych dołączyło do ruchu, który szybko przerodził się w coś więcej, coś na miarę subkultury, której paliwem jest frustracja.

Większość osób identyfikujących się jako incele jest szczególnie aktywna w obrębie manosfery – nieformalnej sieci blogerów i właścicieli stron internetowych poruszających kwestie związane z męskością. Męskością flirtującą z mizoginią, stojącą twardo na fundamencie, który przez środowiska feministyczne zostałby określony mianem toksycznego.

Podróż do wnętrza ideologii

Manosferę, obok inceli, kreują trzy grupy. Najbardziej niepozorną z nich wydają się być działacze ruchu na rzecz praw mężczyzn (ang. men’s rights activists). MRAs starają się walczyć ze społeczną i prawną dyskryminacją mężczyzn m.in. w prawie rodzinnym. Ich cele są realistyczne, a roszczenia – zgodne z tym, co większość nazwie sprawiedliwym. Realistyczne, sprawiedliwe, sensowne? Tak, ale jesteśmy dopiero na płyciźnie morza antyfeministycznych ideologii.

Ruch na rzecz praw mężczyzn zrzesza głównie starszych członków manosfery, którzy posiadają już swój własny bagaż doświadczeń z kobietami. Podobnie jest z większością członków ruchu MGTOW (ang. Men Going Their Own Way). To mężczyźni idący własną drogą. Drodze tej dalej od kobiet, niż od samego feminizmu, ponieważ, o ironio, prowadzi ona przez odrzucanie ról społecznych. Tym przypisanym kiedyś zarówno mężczyznom, jak i kobietom. MGTOW ma uczyć życia opierającego się na samospełnieniu i własnym interesie. Życia z daleka od wyrachowanych, samolubnych kobiet. Dla własnego zdrowia i bezpieczeństwa – od wszystkich kobiet.

Inna grupa tworząca manosferę to pick-up artists. To artyści uwodzenia, których instrumentem jest manipulacja, a celem – seks i pieniądze ze sprzedaży internetowych kursów randkowania. Żywią się młodymi mężczyznami, którzy w obliczu własnej samotności chcą działać. Większość z nich zaczyna od znalezienia hobby czy pójścia na siłownię, ale kiedy te rozwiązania nie przynoszą od razu skutków, łatwo jest im ulec komuś, kto obiecuje natychmiastowy sukces. Naturalnie w postaci stosunku płciowego. Taką właśnie nagrodę można wygrać w Grze (ang. The Game) na arenie relacji damsko-męskich, opierającej się na serii psychologicznych sztuczek, dzięki którym każdy ruch i każda riposta mogą zostać zaplanowane. W ten sposób Gra przypomina szachy, których celem jest nie król, a królowa.

Te rzesze (najczęściej) białych, heteroseksualnych mężczyzn próbują przekazać reszcie świata coś bardzo ważnego. Komunikat jest prosty – żyjemy w kłamstwie. Manosfera jest jak imponujące zrzeszenie tysięcy wcieleń Neo, głównego bohatera filmu Matrix. Neo już na początku scenariusza staje przed wyborem: może wybrać pigułkę niebieską i pozostać w świecie komfortowym, ale fałszywym, lub zażyć pigułkę czerwoną, która pozwoli mu odkryć niewygodne prawdy. Alternatywna prawica różnie interpretuje tę scenę. Niektórzy nawet odnoszą ją do obecnej pandemii: zażywający pigułkę niebieską słuchają wszystkich zaleceń dotyczących COVID-19, podczas gdy „czerwoni” uczestniczą w anty-maseczkowych protestach. Jednak w kontekście przyjętym przez manosferę czerwona pigułka to teoria seksualności i ludzkiej natury. Warto pamiętać jednak, że epitet „ludzkiej” nadano jej tutaj dość hojnie, ponieważ manosfera bawi się pojęciem człowieczeństwa: w analizie zatrzymuje się na granicy tego, czym przez darwinowską ewolucję stał się homo sapiens, ignorując to, do czego współcześnie dąży w swoim rozwoju.

fot. Aleksander Jura
fot. Aleksander Jura

Seks, pigułki, depresja

W większości ludzie są wychowywani na pigułce niebieskiej – mieszance instynktów i wyuczonej moralności, która utrzymuje ustalony porządek społeczeństwa. Pigułka niebieska jest dla naiwnych, przedstawia świat jako lepszy i sprawiedliwszy, niż ten jest w rzeczywistości. Rzeczywistość tę opisuje pigułka czerwona. Jej najważniejszym filarem jest powszechna i niezniszczalna hipergamia. Hipergamia to siła, która, działając w sposób podobny do grawitacji, przyciąga kobiety do najatrakcyjniejszych mężczyzn. Stąd, kiedy brak prawnych, technicznych i społecznych barier, samice gatunku homo sapiens zawsze wybierają partnera życiowego o możliwie najwyższej pozycji społecznej. Pewne nieodłączne instynktowne cechy osobowości charakteryzują każdą kobietę, dopóki ta jest płodna. Szepczą, jak diabełki zamiast na ramieniu siedzące w układzie rozrodczym, że pragnąć ma związku jedynie z mężczyzną o możliwie jak najlepszym zestawie genów lub najwyższym statusie społecznym. Najlepiej posiadającym oba. Natura kobiet ma pomagać im w dążeniu do takiego związku-celu, magicznie niwelując lub chociaż zmniejszając poczucie winy podczas wykonywania czynności uznawanych za niemoralne, takich jak zdrada partnera czy zerwanie kontaktów ze względu na lepszą propozycję matrymonialną od innej osoby.

Przez wszechobecną hipergamię kobiety pokochają jedynie mężczyzn, o których myślą lepiej niż o innych, a także lepiej niż o sobie samych. Wygodnie składa się tak, że populacja mężczyzn podpada pod tym kątem pod zasadę Pareto: tylko 20 proc. mężczyzn, baśniowych samców alfa, odpowiada wymaganiom intelektualnym i fizycznym stawianym przez kobiety. Tylko ci szczęśliwcy mogą oczekiwać od kobiet szacunku, dobrego seksu i prawdziwej miłości. Kolejność przypadkowa.

Pozostałe 80 proc. męskiej populacji to tak zwani samce beta. Są mniej obdarowani genetycznie, a przez to nieszanowani i niekochani przez płeć przeciwną. Za seks muszą płacić zasobami. Przez to pełnią ważną rolę w społeczeństwie – wychowują dzieci, pracują i napędzają gospodarkę. Wśród wszystkich bohaterów na scenie teatru czerwonej pigułki to im najbliżej do mitycznych homo oeconomicus. Mogą zarobić na pseudo-miłość przez inwestowanie w kobiety finansowo i emocjonalnie. Nie mogą jednak liczyć na nic więcej.
Tylko wybrane 20 proc. mężczyzn może wejść w dowolne, wybrane przez siebie, długo- lub krótkotrwałe związki z prawie każdą kobietą, jednocześnie nie oferując w zamian wymiernych korzyści.

Matriarchat? Poproszę dwa

Incele, odnajdujący siebie wśród tych smutnych 80 proc., wypowiadają się w swoich teoriach terminami uniwersalnymi, a nawet odwołują się do darwinowskich dostosowań ewolucyjnych. Ich problematyczna sytuacja powinna być więc widoczna już wcześniej, nawet u zarania ludzkich dziejów. Jednak do czasu rewolucji seksualnej ta matrymonialna zasada Pareto chowała się za narzuconą kulturowo monogamią. Seks był czymś zarezerwowanym dla małżeństwa, a rozwody prawie niemożliwe – niedostępne prawnie lub potępiane społecznie. Kilka dekad temu ludzkość porzuciła te ograniczenia. Feminizm, dążący do sytuacji, w której kobiety będą uprzywilejowane, to właśnie osiągnął. Płeć piękna przejęła władzę. Intymne relacje rządzą się więc prawami przypominającymi te, które występują na rynkach dóbr i usług. Państwa kultury zachodniej promują zachowania charakterystyczne dla samców beta tj. poświęcenie dla rodziny, podczas gdy ewolucyjnie nie mogą być one atrakcyjne dla kobiet. Kultura zachodu jest wręcz antymęska.
Wszechświat w całej swojej rozległości przygotował więc dla heteroseksualnego mężczyzny trzy możliwości. Jeśli urodził się w czepku, to należy do samców alfa i może rozkoszować się rarytasami życia, jakimi są miłość odwzajemniona i zjawiskowy seks. Reszta osobników płci męskiej może żyć niebieską pigułką, bardzo się starać i wchodzić w sztuczne związki z niezadowolonymi kobietami, które się na to godzą ze względu na wygodę lub rozsądek.

Samce beta mogą też zdecydować się na oczyszczenie organizmu z dotychczasowych wpływów kultury. Tak jak tabletka z melatoniną prowadzi do snu, tak czerwona pigułka prowadzi do manosfery. Jej przełknięcie jest groźnie magiczne, bo jest samospełniającą się przepowiednią – wypowiedzi o alternatywnym uniwersum, gdzie seks jest państwowo redystrybuowany, od których nie stronią najbardziej radykalni incele, raczej skłonią potencjalną partnerkę do ucieczki niż do pocałunku. Niestety, dalsza droga w głąb manosfery może prowadzić też do innych pigułek, z których prawdopodobnie najgroźniejsza jest pigułka czarna – to pigułka czerwona podawana na filecie z kozła ofiarnego pod postacią genów. Jej skutki, w większości wcale nie uboczne, to skrajnie beznadziejny stan psychiczny. Jesteś nieatrakcyjny, nic nie możesz z tym zrobić, nikt cię nigdy nie pokocha. Na osoby mało atrakcyjne czeka w środowisku czarnopigułkowym łatwy i chwytliwy komunikat: lie down and rot – połóż się i zgnij.

Kozak w necie, morderca w świecie

Wniosek i przesłanie powinny być proste, na poziomie rozmowy rodzica z nastolatkiem: pigułki są niebezpieczne. Dla zdrowia psychicznego. Dla zdrowia społecznego. Dla innych ludzi. Tylko w ciągu ostatnich dwóch lat i tylko w Stanach Zjednoczonych, osoby powiązane z manosferą zabiły prawie trzydzieści osób. Ciężko raniły wiele więcej. Incelem nazywał siebie zamachowiec, który zaraz przed rozpoczęciem lockdownu, w lutym tego roku, zamordował za naszą zachodnią granicą jedenaście osób. Jedną z ikon ruchu inceli jest morderca i samobójca, Elliot Rodger. Niedługo przed zabiciem sześciu osób, w trakcie patetycznie nazwanego Dnia Odkupienia, Elliot opublikował manifest, w którym napisał: „Jedyne czego kiedykolwiek chciałem to odnaleźć się w społeczeństwie, ale zostałem odrzucony, zmuszony do znoszenia samotnej i nic nie znaczącej egzystencji. Wszystko dlatego, że samice nie potrafiły odnaleźć we mnie żadnej wartości.”

Jak większość tragedii, ta też wyszła spod ręki ludzkiej. Stworzyliśmy manosferę za pomocą tkwiących głęboko w nas przekonań o prawdziwym mężczyźnie – pogromcy pająków oraz tragarzu lodówek, któremu obcy jest akt ronienia łez. Postawiliśmy kropkę nad „i” przez utrwalanie wizji idealnych kobiet jako niewinnych dziewic i idealnych mężczyzn jako doświadczonych uwodzicieli. Musieliśmy wiedzieć, że budując ideały na podstawie charakteru ich życia seksualnego, na tej podstawie określiliśmy też niedoskonałości. A teraz powinniśmy zdawać sobie sprawę, że pozbycie się tych etykiet będzie trudniejsze niż zerwanie banera z propagandowej ciężarówki.