Vigilate itaque, quia nescitis diem neque horam (Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny)

Większość ludzi jest nijaka. Rodzą się by żyć, żyją by umierać. Kolor ich oczu, włosów czy skóry świadczy tylko o dominacji pewnych genów. Określenie miły często oznacza po prostu nudny. Tłumy chodzą ulicami, nie mając żadnej wartości dla otaczającego uniwersum. Nic więc dziwnego, że zakopani trzy metry pod ziemią znaczą niekiedy więcej. Chociażby dla archeologów.

Tekst i zdjęcia: Zuzanna Łubińska

Świat pędzi. Niektórzy udają, że starają się za nim nadążyć, a czas na spotkanie z rodziną mają tylko z okazji pogrzebu.
– Dawno cię tu nie było.
– Jakoś przed kwarantanną ostatnio.
– Przed kwarantanną w październiku zeszłego roku.
Pomyślałam, że faktycznie ma rację i że może warto wpadać częściej niż ze względu na rodzinne perypetie. Gdyby jednak się nie udało, pozostają te nieszczęsne pogrzeby. Jak powiedział Benjamin Franklin, w życiu pewne są tylko śmierć i podatki. Ludzie umierali i będą umierać. Pewnie dlatego, przechadzając się 1 listopada mieniącymi się od blasku zniczy alejkami cmentarzy, zauważamy coraz więcej tabliczek z informacją „miejsce wykupione”, a na co niektórych płytach nagrobnych wyryte zostały zawczasu personalia i daty narodzin. Nieznane pozostają wyłącznie dni schowania do dębowej trumny i zakopania kilka metrów poniżej. Bo co innego można zrobić z zesztywniałym i sinym ciałem już na zawsze zwolnionym z obowiązku podatkowego?

Biurokracja wpędza żywych do grobu

Nieważne, co chcemy z nim zrobić, najpierw konieczne jest przejście przez całą biurokratyczną procedurę. Po śmierci pacjenta lekarz sporządza kartę zgonu. Następnie nie później niż w ciągu trzech dni należy zgłosić zgon do urzędu stanu cywilnego, gdzie jego kierownik wydaje osobie zgłaszającej akt zgonu – akt stanu cywilnego rejestrujący śmierć osoby.

Wg danych GUS w 2019 r. w Polsce zmarło 409 709 osób. W naszym kraju trupy najczęściej poddawane są inhumacji, czyli złożeniu w ziemi. Wynika to głównie z tradycji chrześcijańskiej. Ten zwyczaj chowania ciała zakorzeniony jest w religii poprzez wiarę w fizyczne zmartwychwstanie człowieka. W całości przecież pochowano Chrystusa. Dlatego też kościół nie do końca przychylny jest kremacji zwłok, sugerując powiązanie tego procesu z pogaństwem, średniowiecznym paleniem na stosach czy symbolem kary i potępienia. Kremacja przez długi czas była wręcz zakazana. Dopiero w latach 60. XX w. podczas Soboru Watykańskiego II dopuszczone zostało ciałopalenie. Kościół katolicki oficjalnie oświadczył, że kremacja nie przeszkadza już w zmartwychwstaniu i życiu wiecznym. Amen.

Ciało prochem się staje

Aktualnie, według Krzysztofa Wolickiego, prezesa Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego, w Polsce spopieleniu poddaje się około 30 proc. ciał. Im bliżej zachodniej granicy, tym więcej. W Europie pierwsze krematoria pojawiły się w Szwecji i Niemczech. W nadwiślańskiej krainie w Poznaniu, w roku 1993. Obecnie na terenie Polski funkcjonuje blisko 60 krematoriów, niektóre komunalne, inne prywatne. We wszystkich spala się ludzkie zwłoki.

Cały proces kremacji zajmuje od godziny do półtorej. Po tym czasie w temperaturze około 800–900 stopni Celsjusza człowiek traci swoją ziemską formę i w proch się obraca. Etyka zawodowa zobowiązuje krematora do umieszczenia w urnie wszystkich prochów zmarłego. Bliscy otrzymują średnio 3 litry człowieka zamknięte w urnie, które zgodnie z polskim prawem funeralnym muszą znaleźć się na cmentarzu.

Artykuł 12 ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych stanowi: Zwłoki mogą być pochowane przez złożenie w grobach ziemnych, w grobach murowanych lub katakumbach i zatopienie w morzu. Szczątki pochodzące ze spopielenia zwłok mogą być przechowywane także w kolumbariach [zbiorowych grobowcach – przyp. red.]. Obecny stan prawny (pochodzący z 1959 r., na domiar złego stanowiący w dużej części kopie przepisów przedwojennych) nie zezwala więc na rozsypywanie prochów w dowolnym miejscu. W Polsce nie można ani rozsypać dziadka na podwórku ani postawić babci nad kominkiem. Tutaj wystarczy sąsiedzki donos, żeby dostać za to grzywnę do 5 tys. zł. lub zostać ukaranym 30-dniowym aresztem. Okazuje się, że w tym kraju nawet po śmierci nie można decydować o swoim ciele. Dla porównania w stanie Waszyngton dopuszczalne jest wykorzystanie ciała jako kompostu albo przekształcenie prochów w pamiątkowy diament. Typowy amerykański sen okazuje się być niekiedy wieczny.

Trupy w bandażach

Kremacja i pochówek szkieletowy, inaczej inhumacja, to na dziś zdecydowanie dwie najpopularniejsze możliwości utylizacji zwłok. Jednak na przestrzeni wieków wykształciły się różne inne sposoby radzenia sobie z pozbawionym życia ciałem. Każdemu na pewno znana jest zabandażowana postać powstająca z zaświatów. Ledwo idzie, niemal odpadają jej kończyny, ale żadnego dziecka, oglądającego Scooby Doo czy inną bajkę, ten fakt nie dziwi – chodzące zwłoki spędziły przecież z 3 tys. lat zamknięte w sarkofagu. Mumie od wieków wzbudzają fascynację – pewnie dlatego przeszły z egipskich piramid do popkultury. Ciekawią ludzi. A najbardziej to jakim cudem człowiek zawinięty w bandaże może w niemal nienaruszonym stanie przetrwać tysiąclecia. Właśnie, jakim?

Proces mumifikacji Egipcjanie zaczynali od pozbawienia zmarłego organów wewnętrznych, zazwyczaj oprócz serca. Wątrobę, jelita, płuca i żołądek konserwowali i umieszczali w specjalnych urnach. Następnie pokrywali ciało solą na około 40–70 dni, w celu pozbycia się z niego wody. Wysuszone zwłoki smarowano zapachowymi olejami i żywicą, do której z łatwością przyklejały się bandaże. Kilka warstw lnianych pasów, amulet gdzieś pomiędzy nimi i mumia gotowa. Pytanie jednak, po co to wszystko? Otóż najbardziej przyziemnym tłumaczeniem, dlaczego w niektórych regionach nie przyjęło się palenie zwłok, był brak drewna na stos. W piaszczystym Egipcie po prostu brakowało kluczowego surowca potrzebnego do spalania ciał. Dodatkowo względy religijne, wiara w pośmiertne życie… Z kumulacji tych czynników zapewne wynika cała wyrafinowana sztuka.

Zgon z Nirvaną w tle

O ile o pośmiertnej mumifikacji słyszał każdy, można się założyć, że o Sokoshinbutsu już mniej osób. Obcobrzmiący wyraz oznacza mumifikację za życia, niejako na życzenie. Technika ta wywodzi się z odnogi buddyzmu i polega na powolnym umieraniu podczas medytacji. Medytacji, albo raczej głodzenia się w pozycji lotosu. Proces ten potrafił trwać nawet 10 lat. Początkowo mnisi spożywali tylko orzechy i gałkę muszkatołową, co pomagało w pozbyciu się tłuszczu z organizmu. Następnie przechodzili na korę i korzenie sosny, co sprzyjało odwadnianiu ciała. Na sam koniec automumifikacji pili wywar z trującej rośliny, powodujący silne wymioty i pocenie się, czyli dodatkową utratę płynów. Kiedy medytujący w ten sposób człowiek był już półprzytomnym szkieletem, umieszczano go w kamiennym grobowcu pod powierzchnią ziemi. Z żywymi łączyła go teraz tylko specjalna rura, którą powietrze wpadało do grobowca, oraz dzwoneczek, dzięki któremu buddyjski asceta sygnalizował, że jest w nim jeszcze odrobina życia. Z czasem rurę usuwano.

Wystawa martwej natury

Na takie ciała przynajmniej nikt nie musiał patrzeć. Albo zostawały w podziemiach, albo wkładane były do figur przedstawiających buddę. Inaczej rzecz się miała w katakumbach Kapucynów w Palermo, gdzie zwłoki wystawiano na widok mnichów. Wszystko po to, aby mieli oni na uwadze kruchość ludzkiej egzystencji. Historia 8 tys. ciał przytwierdzonych do ścian katakumb zaczęła się w momencie, gdy na sycylijskim cmentarzu skończyło się miejsce na chowanie zmarłych. Zakonnicy przypadkowo zauważyli wtedy, że pozostawione w piwnicach ciała po kilku tygodniach wcale nie są szkieletami, a stały się zmumifikowanymi zwłokami. Przez specyficzny, suchy mikroklimat nie zachodził proces rozkładu ciał. Z czasem mnisi nieco ulepszyli ten proces. Zmarłemu w pierwszej kolejności usuwali organy wewnętrzne. Potem ciało trafiało do zamkniętego pomieszczenia na ok. 8–12 miesięcy do wyschnięcia. Następnie przemywali je wodą, potem octem i ponownie suszyli. Jamy ciała wypychali słomą, bliscy dostarczali odświętne ubrania i voila – trup trafiał na ścianę.

Sycylijskie katakumby to nieco przerażająca forma oswajania ludzi z efemerycznością życia. Jednak ich założenie zostało z pewnością osiągnięte, ergo dawni mieszkańcy Palermo wnieśli pewną wartość do świata, nie tylko tamtejszych żywych, ale i obecnych. Spacerując podziemnymi korytarzami w ciepłe wrześniowe popołudnie, rzeczywiście można poczuć własne usychanie. Nagle możliwe staje się spojrzenie śmierci w oczy… a raczej w puste już oczodoły anonimowych ciał. Większość zwłok zwisających ze ścian nie jest podpisana. Czy dlatego, że palermiańscy mnisi jeszcze przed RODO chronili dane osobowe? Możliwe. A może już chwilę po śmierci nikogo nie interesowały personalia zmarłych? Bardziej prawdopodobne.

Niewiele ludzi zostanie zapamiętanych. To żadne odkrycie. Z każdej epoki znana jest wyłącznie garstka najwybitniejszych jednostek, podczas gdy w jej trakcie ziemię zamieszkuje tabun innych ludzi. Zazwyczaj nijakich. A życie jest pełne możliwości. Pogrzeb niby też. Chociaż chyba lepiej jest zostać w pamięci ludzi ze względu na ciekawy życiorys niż intrygujący sposób schowania do przysłowiowego piachu.