Piknik pod warszawskim niebem

Kochanowski, jak na prawdziwego Polaka przystało, od hucznych biesiad nie stronił. Nie dziwi zatem, że na jego imieninach organizowanych przez Bibliotekę Narodową, co roku pojawiają się tłumy warszawiaków. Tego lata honorowym gościem został Leopold Tyrmand.

Tekst: Maria Jaworska

Ciepłe przedpołudnie u schyłku sierpnia. Z Ogrodu Krasińskich w centrum Warszawy już z daleka dobiegają dźwięki jazzu. Mimo pandemii, całkiem pokaźna liczba osób przechadza się alejkami, zatrzymując się przy którymś z czterdziestu stoisk wydawnictw. Niektórzy zajmują miejsca na krzesłach ustawionych przed jedną z trzech plenerowych scen. Na największej – zielonej – językoznawca dr Agata Hącia i Jan Emil Młynarski rozmawiają z Bartkiem Chacińskim na temat warszawskiej gwary. Przed niebieską najmłodsi oczekują na rozpoczęcie przedpremierowego pokazu spektaklu Tymoteusz Rymcimci Teatru Lalka, a na scenie żółtej pojawia się Piotr Wojciechowski, laureat Nagrody Literackiej m. st. Warszawy w kategorii Warszawski Twórca. Przez cały dzień żadne z tych miejsc nie będzie świecić pustkami – grafik imprezy pęka w szwach.

Warszawskie klimaty

Tyrmand – popularny w Warszawie lat 50. i 60. pisarz i publicysta, ogłoszony przez Sejm RP literackim patronem roku 2020, na imieninach Kochanowskiego okazał się być gościem idealnym, dostarczającym organizatorom pikniku masę inspiracji. Nie zabrakło więc rozmów i paneli dotyczących wszystkiego, co się z nim wiąże: powojennych stołecznych kawiarni, goszczących w swych progach literatów, bikiniarskiej mody czy postaci z kryminałów (nie tylko ze Złego!). Zainteresowaniem cieszyły się również spotkania z tymi, którzy o Tyrmandzie mogą mówić godzinami, a więc jego biografami – Marcelem Woźniakiem oraz Mariuszem Urbankiem. Ten ostatni ocenia jego prozę dość krytycznie, aczkolwiek uważa ją za wartą uwagi, szczególnie powieści takie jak Filip, Życie towarzyskie i uczuciowe, a przede wszystkim Dziennik 1954, który – jak twierdzi – jest niezbędny do sumiennego opisania komunizmu.

Nie tylko skarpetki…

Goście dopisali szczególnie, kiedy na zielonej scenie miał pojawić się Matthew Tyrmand – syn zmarłego przed trzydziestoma pięcioma laty pisarza. Zamieszkujący na co dzień w USA analityk i publicysta często bywa w Warszawie, ale – jak sam przyznaje – nie nauczył się dobrze języka przodków. Z jego opowieści o ojcu wyłania się zupełnie inny Tyrmand, niż słynny bikiniarz i skandalista, którego znamy z Dziennika 1954. Jako ojciec rodziny stał się poważny, ale też bardziej otwarty. Najważniejszym punktem dnia było dla niego słuchanie wiadomości – szczególnie tych dotyczących sytuacji w Polsce i Europie Wschodniej. Dla Matthew niezwykle ważne były ich wspólne wyprawy na zakupy. Jak przyznaje, niesamowicie było widzieć ojca w supermarkecie, gdzie miał ogromny wybór, co dla człowieka zza żelaznej kurtyny za każdym razem było czymś nowym. Mój ojciec to nie tylko jazz, kolorowe skarpetki i okulary przeciwsłoneczne. Tak naprawdę jego charakter był bardzo skomplikowany i niełatwy, miał poważne podejście do życia – mówił Matthew, który pomimo, że nie zdążył dobrze poznać ojca, uważa go za człowieka charyzmatycznego i do końca wiernego swoim ideałom.

Słowem i muzyką

Doroczną tradycją stał się mecz poetycki, w którym udział biorą artyści rodzimej sceny. Tego wieczoru tematem przewodnim została ukochana przez Tyrmanda Warszawa. Nie zabrakło uznanych postaci, takich jak Barbara Ścibakówna, Stanisława Celińska, czy Wiesław Komasa, ale również gwiazd młodszego pokolenia m. in. Barbary Kurdej- Szatan czy Margaret. Klimat poezji odznaczał się różnorodnością – od skłaniającego do refleksji Campo di Fiori Czesława Miłosza, przez socrealistycznie wystylizowane strofy autorstwa Jana Brzechwy, aż po subtelnie romantyczny Deszcz Gałczyńskiego. Znalazło się także miejsce dla piosenek zakochanej w warszawskich ulicach Ireny Santor oraz Snu o Warszawie Czesława Niemena.

Pod koniec imprezy tradycyjnie zabrzmiała Pieśń świętojańska o Sobótce, którą wykonała grupa jazzowa Kuba Więcek Trio wraz z Pauliną Przybysz. W pracy nad projektem młodzi artyści wykorzystali teksty poety z Czarnolasu, które w połączeniu z jazzowym brzmieniem utworzyły unikalną kompozycję. Jako ostatnia wystąpiła Maja Kleszcz wraz z zespołem, wykonując koncert retro, który idealnie wpisał się w klimat rozgwieżdżonego wieczoru.

U brzegów jazzu

Muzyka jazzowa na pikniku to nie tylko występ Kuby Więcka, ale także towarzyszący gościom od początku wydarzenia zespół Five O’Clock Orchestra z Częstochowy. Dźwięki saksofonu zabrały słuchaczy w świat powojennych warszawskich kawiarenek, restauracji i barów. Jak mówi Mariusz Urbanek, jazz w latach 50. był muzyką zakazaną, antysocjalistyczną, a zatem czymś, co działało jak magnes, szczególnie na osobowości tak niepokorne, jak Tyrmand. Nie bez powodu został on okrzyknięty ojcem polskiego jazzu, pomimo – jak podają liczne źródła – braku nie tylko elementarnych umiejętności i słuchu muzycznego, ale nawet wyczucia rytmu. Zakochawszy się w „muzyce wolności” już na studiach w Paryżu, po wojnie organizował w Warszawie koncerty, których najlepszą reklamą stało się jego własne nazwisko.

O tym i innych faktach z życia warszawskiego bikiniarza, ale również wszelkiego rodzaju ciekawostkach literackich i kulturalnych można było dowiedzieć się w czasie rozmów z inspirującymi ludźmi. Z pewnością dzień spędzony na obcowaniu z literaturą można uznać za udany, szczególnie gdy Ogród Krasińskich opuszczamy z głową pełną refleksji i torbą ciężką od książek.