Nie tylko dla obłąkanych

Uwaga: autor ostrzega czytelnika przed zawartością! To powieść-tajemnica, powieść-introspekcja, powieść-sen. Czy tylko szaleńcy mają prawo wstępu, by poznać traktat?

Tekst: Aleksandra Orzeszek

Gdyby okładkę Wilka stepowego, jak w Teatrze Magicznym, uznać za prolog książki, niepotrzebne byłyby dalsze wyjaśnienia lub opracowanie Volkera Michelsa. Wyjący wilk z tyłu głowy – oto co widzi (a może słyszy?) czytelnik, sięgając po powieść z niebieskim grzbietem, przywodzącym na myśl niebo nad stepami i melancholię głównego bohatera.

Wznowienie powieści Hermanna Hessego (niech będą dzięki wydawnictwu Media Rodzina!) zachęca do obdarzenia większą uwagą autora nagrodzonego Noblem za szlachetnie podniosłą i różnorodną poezję, która zawsze wyróżniała się świeżością natchnienia i rzadko spotykaną czystością ducha.

Habent sua fata libelli

Opuszczając wersy liryki, warto powiedzieć, że Hesse wspomnianym powiewem inspiracji i spirytualizmem zaraża również na kartach Wilka. I to jakże skutecznie!

Na początku rodzi się pytanie o odbiorcę tej opowieści. Inicjały protagonisty (HH) i jego alter ego każą sądzić, że powstała dla samego autora. Autobiografizm ginie jednak pod powierzchnią wątków surrealistycznych. To one wkraczają na pierwszy plan (oczywiście poza delikatnie wspomnianym smutkiem i autodestrukcją). Warto pokusić się o stwierdzenie, że to książka dla filozofów kultury, marzycieli czy miłośników jazzu, rozbrzmiewającego często w czasie dwudziestolecia międzywojennego, kiedy to szwajcarski wydawca zdecydował się na publikację historii. Choć to Niemcy, czy raczej Rzesza Niemiecka, były ojczyzną pisarza, pacyfizm zmusił go do emigracji. Szwajcaria, najbardziej neutralny militarnie kraj, jawiła się jako oczywisty wybór.

Do Polski Wilk dotarł już dwa lata po premierze, lecz większy rozgłos zyskał dopiero w latach 60., dzięki popularności w hipisowskich kręgach. Muzyka, opiaty powodujące senne wizje, wolność miłości i pokój – oto czym zachwycały się dzieci kwiaty. Czy tylko?

Przekuć myśl o samobójstwie

Harry Haller przemierza ulice miasta, które mogłoby być każdą większą aglomeracją, walczy z rozbiciem tożsamości i szuka „zakotwiczenia”. To brzmi jak bildungsroman, lecz czytelnik ma wrażenie, że życie głównego bohatera zaczyna się dopiero w wieku średnim – wtedy poznaje tę postać. Odpowiedź jest prosta: gdy ktoś wybiera samobójstwo w pięćdziesiąte urodziny, jest otwarty na nowe doświadczenia, bo nie ma niczego do stracenia i liczy na cud, który go zatrzyma. Stąd niezwykła fabuła.

Jak walczyć z bólem egzystencjalnym lub wszechogarniającą samotnością, rodzącą poczucie pustki? Hesse spieszy z wyjaśnieniem: Całe życie jest takie, mój mały, i musimy je takim pozostawić, a jeśli nie jesteśmy głupcami, to musimy się z tego śmiać. Czytelnik znajdzie jednak na ostatnich kartach powieści rodzaj pocieszenia i wskazówki (niech te pozostaną tajemnicą).

Przez problemy natury psychicznej, z jakimi zmaga się Harry, książka przypadnie do gustu także kontynuatorom czy miłośnikom nauki Wilhelma Wundta. Jednak spłycenie osobowości bohatera do schizofrenii, jak zostało pokazane w ekranizacji Freda Hainesa z 1974 r., jest zbytnim ograniczeniem. Autor, zafascynowany myślą Wschodu, zdaje się mówić, że człowieka nie należy upraszczać i zamykać w ramach jednej tożsamości: W rzeczywistości żadne „ja”, nawet najbardziej naiwne, nie jest jednością, lecz bardzo zróżnicowanym światem, małym gwiaździstym niebem, chaosem form, stopni i stanów, dziedzicznych obciążeń i możliwości. Każda jednostka dąży do uznania tego chaosu za jedność i mówi o swoim „ja”. To dość śmiałe i odważne, ale jakże fascynujące i zachęcające do sięgnięcia po lekturę!

Fantastyki nigdy za wiele

Na początku tekstu został wspomniany Teatr Magiczny, który jest miejscem, gdzie akcja powieści osiąga punkt kulminacyjny, a granica między rzeczywistością a fikcją, życiem a snem (rodem z dramatu Calderóna de la Barki), prawdą a iluzją rozmywa się do tego stopnia, że czytelnik przestaje wierzyć temu, co widzi główny bohater. Pobyt w niezwykłych pomieszczeniach, gdzie Harry krąży jak po labiryncie i zostaje poddany próbom, czy jego kontakt z dziwną substancją psychodeliczną – to momenty, na które warto czekać do ostatnich stron.

Zbrodnią byłoby pominąć wzmiankę o konstrukcji szkatułkowej Wilka. Powieść w powieści o opowieści – to dość enigmatyczne, ale uzasadnione określenie. Po pierwszoplanowym bohaterze zostają notatki, w których pojawia się Traktat o wilku stepowym (najbardziej refleksyjny moment dzieła Hessego), gdzie mężczyzna, dziwnym trafem, czyta o samym sobie. Budowa utworu jest niejednoznaczna jak umysł samego bohatera i potęguje efekt wielości, rozbicia – doktryny concordia discors, która napędza całą powieść.

Nie szkoda niczego, co minęło. Szkoda tylko tego, co jest teraz i dzisiaj, szkoda tych wszystkich godzin i dni, które traciłem, które tylko cierpliwie znosiłem, które nie przynosiły ani darów, ani wstrząsów. A ta lektura jest daleko od mitrężenia czasu – nawet dla tych „nieobłąkanych”.