Lato z Maglem – recenzje wakacyjnych albumów

Nie ma co udawać – lato się skończyło. Czas schować na dno szafy szorty, znieść do altanki puste butelki po Aperolu i mentalnie przygotować się na mrozy. Tegoroczna przerwa wakacyjna obfitowała jednak w warte uwagi albumy. Oto przewodnik działu Muzyka po najlepszych płytach sezonu ogórkowego 2020.

 

Lianne La Havas – Lianne La Havas

 

Autor: Michał Wrzosek

Mam niewątpliwie słabość do wokalistek, a w szczególności do tych z pogranicza jazzu i soulu. Ta moja skłonność ostatnimi czasy trochę osłabła – albo tak mi się wydawało, jako że gdy Lianne La Havas wydała w lipcu swój najnowszy, ochrzczony własnym pseudonimem album, odłożyłem go sobie na później. Z czego to wynikło, nie wiem – choć podejrzewam, że nie do końca przekonał mnie zapowiadający płytę singiel Paper Thin.
Jakże mylne było to pierwsze wrażenie! Praktycznie od pierwszych taktów otwierającego wydawnictwo Bittersweet muzyka porywa cię w rejs po morzu maślanych dźwięków zagranych i wyśpiewanych w najprzyjemniejszy możliwy sposób. Album nie jest popisem wirtuozerii muzyków, lecz ich umiejętności ujawniają się tu w sonicznych krajobrazach, stanowiących najmocniejszy element płyty. Ciepłe tony gitary, klawisze wygrywające raz po raz ciekawe motywy, porywające linie basowe, perkusjonalia wybijające intrygujące rytmy nawiązujące do złożonego pochodzenia etnicznego artystki, no i głos – ten głos! – tworzą charakterystyczną, słodko-gorzką atmosferę. Taka jest ta płyta – sama La Havas przyznała, że gdyby miała inny tytuł, nazywałaby się właśnie Bittersweet.
Czemu zatem tak nie jest? Odpowiedź zapewne leży w tym, czego na początku nie zauważyłem – w bardzo osobistej i wylewnej naturze tekstów. Artystka opowiada w nich o trzech etapach rozstania ze swym partnerem – każda z piosenek (oprócz wprowadzającej w temat Bittersweet) jest przypisana któremuś z nich. Cover Radiohead pośrodku albumu także ma tu swe miejsce. Cóż, La Havas może nie jest najwyższej klasy poetką, ale koncept oraz niektóre motywy (np. biblijne) zdecydowanie zasługują na pochwałę. Co na minus – nie widzę sensu powtórzenia Bittersweet na końcu płyty. Poza tym polecam.

 

 

Jessie Ware – What’s Your Pleasure?

 

Autor: Marek Kawka

Niby nic nowego. Pogrobowiec disco, z lekka synthpopowy revival lat 80., które nigdy nie istniały. Mark Fisher przewraca się w grobie, a Simon Reynolds wyniośle uśmiecha. Jednak Jessie Ware już od utrzymanego nieco w klimacie Weyes Blood intra do Spotlight pokazuje, że bardziej od popowych anthemów w stylu Duy Lipy interesuje ją zadymiona sala balowa, suknie z cekinami i lekkie kołysanie biodrami. Odpowiednio wintydżowe – ale bez apologii przemocy oraz seksizmu, to nie Lana – są też teksty utworów. Takie na przykład tytułowe What’s Your Pleasure w niezwykle zmysłowy, niedosłowny sposób opowiada o radości płynącej z seksualnego zbliżenia – temat ten sam, co w słynnym WAP Cardi B i Megan Thee Stallion, a poruszony w przeciwnym stylu. Wśród highlightów – Ooh La LaRead My Lips, dwa bliźniacze utwory prowadzone świetnymi liniami basu; slow-burn In Your Eyes; nokturnalne Mirage (Don’t Stop), no i oczywiście zamykający płytę pogodny utwór Remember Where You Are.
Na What’s Your Pleasure jest tym lepiej, czym bogaciej. Smyczki, basy, chórki, kaskady miękkich klawiszy pasują Jessie Ware lepiej niż minimalistyczne wykręcone syntezatory (przykładem: Adore You). I odbiór psuje jedynie przykra konstatacja, że ucieczka białej artystki w muzyczną tradycję czasów minionych (zwłaszcza w tę związaną z afroamerykańską społecznością) jest w obecnym klimacie unikiem. Serce miasta płonie – śpiewa Jessie, ale nie chodzi tu bynajmniej o Minneapolis. Z drugiej strony – czy można oceniać płytę po tym, czego w niej nie ma? Mimo wszystko warto przesłuchać i przetańczyć What’s Your Pleasure.

 

 

The Microphones – Microphones in 2020

 

Autorka: Marcjanna Szczepaniak

Nie mam pojęcia, czy Microphones in 2020 to coś, co byłabym w stanie komuś polecić. Nie chodzi mi o to, że jest to w jakikolwiek sposób niesatysfakcjonujące doświadczenie. Całość brzmi świetne, sposób pisania Phila Elveruma porusza do głębi jak dawniej – wszystko w ciągu tych 44 minut jest takie, jakie powinno. Jednak wciąż uważam, że wyszłabym na idiotkę, mówiąc wam: idźcie przesłuchać natychmiast, bo ludzie, do których artysta kieruje tę płytę, już w dniu premiery siedzieli w nabożnym uwielbieniu, słuchając opowieści Elveruma, oglądając z nim prześwietlone, nudne zdjęcia z wczesnych lat 2000., dyskutując o nich na czacie i ignorując marudzenie Phila o tym, że wszyscy powinniśmy przestać tyle gadać i skupić się na słuchaniu. Myślę, że właśnie w tym kryje się sens odbioru Microphones in 2020. Elverum „zdjął koszulkę” przed swoją publicznością już wiele lat temu, pozwolił poznać swoją wrażliwość, dzielił się najważniejszymi i najtrudniejszymi dla siebie wydarzeniami.
Odnoszę wrażenie, że większość osób, które aktywnie śledziły jego karierę, czuje się z nim w jakiś sposób związana – i nie mam tu na myśli tej złudnej paraspołecznej relacji, choć ta oczywiście też odgrywa istotną rolę. Chodzi mi raczej o to, że nauczyliśmy się automatycznie rozumieć jego metafory i wiemy, co kryje się za symboliką, której używa – rozumiemy charakterystyczny język jego piosenek i dzięki temu stajemy się częścią tej dziwnej społeczności. Obawiam się, że jeśli dotychczasowa twórczość Elveruma nie była wam bliska, to niestety Microphones in 2020 zupełnie was nie obejdzie. W tej sytuacji naprawdę trzeba zacząć od tego, co zostało wydane wcześniej. Ale jeśli to zrobicie, może zobaczymy się na kolejnym czacie, gdzie razem pooglądamy nudne, prześwietlone zdjęcia.

 

 

Tkay Maidza – Last Year Was Weird, Pt. 2

Autor: Alex Makowski

Nieszablonowość i celowe unikanie łatek w muzyce nierzadko potrafi się artystom odbić czkawką. Przy projektach, w których każdy utwór reprezentuje inny gatunek, istnieje ryzyko brzmienia jak składanka bez jakiejkolwiek spójności. Szczęśliwie, Tkay Maidza na swojej nowej epce pokazuje ambicję i nieszablonowość z zachowaniem szacunku dla wszystkich obecnych tam gatunków.
Duża w tym zasługa instrumentali Dana Farbera, którego wszechstronne umiejętności produkcyjne są tu nie do przecenienia. Wielogatunkowość w jego wydaniu nie brzmi jak niesmaczny miszmasz, a raczej dowód, że tworzenie rapowych bangerów z JPEGMAFIĄ, hip-house’u a la Kaytranada i neo-soulu na jednym projekcie jest jak najbardziej możliwe i gustowne. Wszystkie te elementy składowe Last Year Was Weird Pt. 2 mogłyby jednak nie brzmieć tak dobrze, gdyby nie charyzma Tkay.
Pewność siebie artystki jest zaraźliwa i sprzedaje każdy utwór na projekcie. Jeśli traktować tę epkę jako przedsmak longplaya czy nawet jako prezentację szerokiego wachlarza umiejętności Tkay, to nic, tylko czekać na dalsze ruchy Australijki.

 

 

Phoebe Bridgers – Punisher

 

Autor: Jacek Wnorowski

Obecna sztuka piosenkopisarstwa Phoebe Bridgers to wprawianie w ruch strzępków myśli i uwag, które autorka ma na temat świata, podanych w oszczędnej tekstowo, ale bardzo bezpośredniej formie. Ten żywy notatnik przybiera jednak często postać naszpikowanej ciekawymi pomysłami aranżacyjnymi grającej książki. Kyoto jest jak żywcem wyjęte z Funeral Arcade Fire, a Chinese Satellite ma coś z dramaturgii The National. Bridgers czerpie też wiele ze swoich wcześniejszych muzycznych kooperacji – na płycie pojawia się między innymi Conor Oberst, Lucy Dacus i Julien Baker. Od tej ostatniej Phoebe nauczyła się pisać rozbrajające ballady (jak choćby Garden Song czy utwór tytułowy), w których jej delikatny głos brzmi niczym szept wprost do ucha. Artystka zresztą sama przyznaje, że przy nagrywaniu płyty inspirowała się zjawiskiem ASMR (autonomous sensory meridian response).
Liryczne rozważania nad dysfunkcyjnymi związkami czy destrukcyjnym działaniem depresji są tak naprawdę oglądaniem w mikroskali tego, co najbardziej porusza Phoebe. Mowa o apokaliptycznych wizjach końca świata. Lęki, gniew i poczucie bezsilności z tym związane znajdują ujście w katartycznym I Know the End. To zdecydowanie najbardziej adekwatny do obecnych czasów utwór, jaki ukazał się w tym roku. Patrząc na świat dookoła, aż chce się razem z chórem śpiewających artystów wykrzyczeć: the end is here!

 

 

Metallica – S&M2

 

Autorka: Wiktoria Kolinko

Niektórzy z nas zaczynali dopiero raczkować, gdy Metallica eksperymentowała z dyrygentem Michaelem Kamenem i wydała w 1999 r. symfoniczny, koncertowy album S&M. Niektórym z nas dźwięki charakterystycznego solo z Master of Puppets rozbrzmiewały w uszach przez całe nastoletnie życie. Teraz, po dwudziestu latach od pierwszego nagrania, mamy okazję znowu poczuć się jak w okresie buntu; czterech jeźdźców metalu powraca z S&M2! Co znajdziemy w odświeżonej wersji albumu? Melancholijny wariant All Within My Hands, kawałki z nowego albumu Hardwired…To Self-Destruct z nowym basistą Robertem Trujillo, dwie opery: Scythian Suite i The Iron Foundry, a poza tym starsze, dobrze nam znane, klasyczne utwory Metalliki, z niezmiennie dynamicznym wokalem Jamesa Hetfielda. Mimo że jako młodzieniec nie chciał zabierać się za śpiewanie, większość fanów jest mu wdzięczna za to, że tyle lat po założeniu zespołu dalej dba o swoje struny (nie tylko głosowe) i wciąż zaskakuje nas nowymi pomysłami. Jeżeli komuś nie udało się dotrzeć rok temu na koncert tych panów w Warszawie, zdecydowanie powinien sprawdzić nagrania z S&M2, prosto z San Francisco.

 

 

Sevdaliza – SHABRANG

 

Autorka: Karolina Gos

Irańska multidyscyplinarna artystka na grzbiecie Shabranga (w mitologii perskiej to imię nosił koń bohatera Siyâvasha) wyrusza w podróż pełną emocjonalnych zawirowań, uzdrawiania i odkrywania siebie.
Zauważalny jest powrót do trip hopu, gatunku muzycznego powstałego w latach 90. XX w. Stąd na płycie brzmienia charakterystyczne dla takich czołowych i wpływowych zespołów jak Massive Attack czy Portishead. Albumowi cały czas towarzyszy ciężka, smutna atmosfera wpleciona w tło złożone z elektronicznej muzyki oraz loopów perkusyjnych w tempie około 80 uderzeń na minutę.
Jednak to, co wyróżnia Sevdalizę na tle innych artystów, to przemycane do utworów perskie akcenty pod postacią orientalnych dźwięków, melizmatów, a także tekstów w jej ojczystym języku. Artystka próbuje pokazać swoje korzenie, orientalne i „dalekie” dla odbiorców, którzy przywykli w głównej mierze do jej twórczości w języku angielskim.
W ciągu godziny wkraczamy w problemy, z którymi zmaga się piosenkarka: depresja, samotność, zagubienie, niezrozumienie. Wybrane utwory posłużyły jako inspiracje do teledysków dopracowanych pod względem wizualnym, artystycznym i metaforycznym. Klipy są pełne nawiązań kulturowych i przenośni, które dodatkowo wzbogacają SHABRANG. Polecam każdemu dosiąść tego mitycznego wierzchowca i wybrać się w magiczny świat.