Trzask warszawskiej maseczki

 

TEKST: Michał Rajs

Z pewnością myli się ten, kto uważa, że uzyskanie przez Rafała Trzaskowskiego 54 proc. głosów w pierwszej turze nie było zaskoczeniem. Owszem, sondaże nie kłamały, i owszem, zrobiły na złość logice. Nie chodzi wyłącznie o rzekomy brak konkurencji w wyścigu po fotel prezydenta ani nawet o spadek po Hannie Gronkiewicz-Waltz wraz z pokaźną kolekcją większych lub mniejszych przekrętów i niedomówień. Nie, tutaj swoistym problemem stał się bardziej kokpit współczesnego programu do zarządzania miastem pozbawiony przycisków takich jak „dobro społeczne” albo „szacunek wobec natury”. Co więcej, trudno sądzić, że wybór władcy i pomazańca ulicy Marszałkowskiej się obronił. „Czajka”, konsekwentne nieobniżanie stawek parkingowych przy ogólnokrajowym zakazie zbędnego przemieszczania się, wydatki na niepotrzebne w dobie kryzysu projekty oraz wiele innych „osiągnięć” – choćby obecność na memach gorszych wyłącznie od tych z Andrzejem Dudą – okazały się odbijać od reputacji prezydenta Warszawy tak, jak plastikowe kulki odbijałyby się od sierści mamuta. A poparcie i zadowolenie z działań Trzaskowskiego nie spadło. Wzrosło.
Interesujące wydaje się zatem – w tle gra Akcent – jak do tego doszło. Jakim cudem część populacji Warszawy utożsamiająca się z prądami ekologicznymi przełknęła okrutny dla środowiska mariaż Wisły z rzepompownią ścieków? Dlaczego połowę większych polskich miast stać było na parkingowe udogodnienia zachęcające ludzi do pozostawania w domach, i była to dobra decyzja, lecz ta sama decyzja podjęta w stolicy okazałaby
się już zła?
Oczywiście, nikt nie będzie narzekał na wodę w kranie koloru błota. Ludzie nie zapłaczą nad rybami pływającymi do góry brzuchem, bo tuńczyk, którego jedzą, ma dwa lata i pochodzi z przeterminowanych, odmrożonych rezerw na wypadek wojny z Chinami. Konieczność zapłacenia za miejsce parkingowe oraz odbycia dwugodzinnego spaceru do miejsca zamieszkania w deszczu zostanie zrekompensowana wciąż wysoką pensją, praktycznie zerowym bezrobociem oraz owocowymi czwartkami. I dobrze – oto demokracja w najczystszej postaci, wola większości nielegitymizowana niczym poza abstrakcyjnym pojęciem korzyści społecznej, a zatem – chcąc nie chcąc – wypadkową korzyści osobistych. W takim układzie stabilizacja i ciągłość następujących po sobie wydarzeń zawsze wygrają z efemerycznie nudnym projektowaniem lepszej, ale niechcianej przyszłości. Po dwóch latach i tak nikt już nie pamięta, że kontrkandydat Trzaskowskiego nie miał na nazwisko Nijaki, a obecny prezydent Warszawy obiecał tyle rzeczy, że zwyczajnie nie może ich spełnić, ponieważ po obu stronach wąskiej ścieżki, którą kroczy, zakopane są miny lewicowych i prawicowych ekstremistów. Najlepszą opcją jest więc zamknięcie oczu i doszywanie nowych łat.
Niestety, na drodze Trzaskowskiego do wyższych politycznych szczebli stanął – dość nieudolnie – przedstawiciel rodziny Coronavirinae, szerzej znany jako Covid-19. I gdyby tylko Warszawa nie była wizytówką Polski, gdyby tylko nie opłacało się przeznaczać na nią absurdalnych pieniędzy, albo gdyby tylko poprzednicy Trzaskowskiego owe pieniądze palili, darli, byleby ich nie wykorzystać, w konsekwencji uszczuplając budżet – można by było powiedzieć, że na tej drodze wyrosły ciernie. Rządzący bowiem nie czuliby potrzeby wspierania stolicy, a Trzaskowski, z powodu przynależności do konkretnego stronnictwa, nie zdołałby ich ubłagać. Z bezrobotnymi właścicielami restauracji albo małych pubów, które przed pandemią zarabiały dzięki korzystnym kredytom, ogólnemu ruchowi w branży i nadchodzącej wiośnie, nie poszłoby tak prosto, jak ze śmieciami z „Czajki”. Przepełniona pierwsza linia metra nie opustoszałaby dlatego, że otworzono kilka nowych stacji – swoją drogą, całkiem klimatycznych i zasadniczo przywołujących na myśl mieszaninę wczesnego cyberpunku oraz szklanej oszczędności. Dzieci nie zapłakały za obiecanymi, ale nigdy niedostarczonymi wyprawkami, ponieważ teraz i tak nie ma to żadnego znaczenia, a szkolny system edukacji istnieje gdzieś pomiędzy Brykiem a zapytaj.onet.pl. Nic się jednak nie stało. Warszawiacy pokazali solidarność i lojalność wobec prezydenta i nadal darzą go zaufaniem. Zupełnie jak gdyby nie czuli, że z powodu długów i nieco zaburzonej płynności finansowej ratusz zdecydował się „zniechęcić” posiadaczy samochodów do wypełnienia pozostałych miejsc parkingowych. Tłumaczenie było takie jak zwykle – umiejscowienie jednej grupy społecznej w rzadkiej sytuacji, okazanie litości. Tym razem trafiło na starszych ludzi, którzy nie będą mogli zatrzymać się przed szpitalem. O tym, że w sytuacji zagrożenia życia wzywana jest karetka, najwyraźniej zapomniano. Podobnie jak o odgórnych zaleceniach ograniczenia ruchu samochodowego.
Innym ciekawym przypadkiem było napomknięcie o zatajaniu zgonów spowodowanych koronawirusem. Odkładając na bok żarty z niewiedzy – nie jest przecież celem prezydenta jakiegokolwiek miasta zapoznawanie się ze statystykami dotyczącymi zarządzanego obszaru ani ze sposobem ich gromadzenia oraz analizy – trzeba przyznać, że ciekawą strategią wydaje się przyznawanie się do większej liczby ofiar śmiertelnych przy jednoczesnym ataku na obóz rządzący. To, że Ministerstwo Zdrowia się z tego wytłumaczyło, a Trzaskowski wyszedł na kogoś, kto nie wie, jak gromadzone i segregowane są dane, nie miało i nie będzie miało wpływu na nic. Żeby się o tym przekonać, można przeczytać internetowe komentarze. Ze świecą szukać zwolenników Trzaskowskiego, którzy zastanowią się nad tym, czy faktycznie wypowiedź dotycząca zgonów miała sens.

Och, okrutny losie, gdyby to było wszystko, istniałaby możliwość obwinienia organizacyjnego miszmaszu, pomyłki, problemów zdrowotnych albo małżeńskich. Ale nie tym razem. Maslow co prawda nie przewraca się w grobie – sytuację tę śmiało można zakwalifikować jako konflikt między potrzebami samorealizacji i akceptacji – ale nietrudno wyobrazić sobie, że jego duch unosi się nad Warszawą, nie marszcząc brwi i nie przeklinając cicho. Jasne, że stolica to miasto, w którym ludziom częściej brakuje spokoju niż jedzenia, a znakomita większość mieszkańców posiada swój komputer oraz dostęp do internetu. Jasne, że w czasie epidemii dzieci przyswoją zdecydowanie mniejszy zakres materiału, a szeroko pojęty poziom nauczania drastycznie spadnie. Jednak mimo tego można śmiało założyć, że znajdą się ludzie, którzy skorzystaliby z dotacji na komputery, tablety czy jakiekolwiek inne pomoce naukowe.
Nie skorzystają, bo w przededniu wybuchu zarazy prezydent Warszawy zdecydował się podpisać kilkanaście projektowych umów (m.in. ze Stowarzyszeniem Grupą Artystyczną TERAZ POLIŻ ). Co wniosą te projekty – dokładnie nie wiadomo. Jednak na pewno nie wniosą do szkół kilkuset laptopów ani nie wspomogą domów dziecka. I żeby nie było – realizacja zadania „Co katecheta* ma w słoiku” byłaby podobnie bezsensowna jak jego odpowiednik spod znaku LGBT. Na nieszczęście Trzaskowskiego – o tym akurat nie można powiedzieć, że „Błaszczak też podpisywał”.
Żeby w pełni docenić obraz nakreślony tymi niezbyt medialnymi aferami warto przyjrzeć się radośnie innemu wybitnemu Polakowi. Remigiusz Mróz, bo o nim mowa, to elementarny przykład prawdziwości powiedzenia diabeł tkwi w szczegółach. Powieści się sprzedają, grono czytelników poszerza, Chyłkę tłumaczy się na inne języki, a zazdrośni pisarze porównują Mroza do maszyny wystukującej tysiąc znaków na minutę. Sukces, o którym marzy każdy. Czy wynika z tego coś więcej poza numerkami na koncie? Nie. Nie wynika z tego nic. Ludzie nie widzą więcej ani nie patrzą dalej po przeczytaniu Immunitetu, a ich życie nie staje się głębsze dzięki lekturze Umorzenia. Mróz po prostu jest; nie kąsa, nie sprawia, że człowiek tęskni za latem ani nie zachęca do odkurzenia powieści polskiej agentki 007.
Trzaskowski wydaje się podążać tymi samymi torami. Niezła prezencja, trupy prędzej zabetonowane w ścianach niż schowane w szafie. Konsekwencje podejrzanych poczynań poprzedników i rządu, będące głównymi przyczynami pasma jego porażek, czynią z niego bardziej poczciwca niż wulgarnie wręcz spokojnego oszusta, którego pomyłkom bliżej do bycia stylizowanymi niż eksperymentalnymi. Wypowiedzi pokroju tych negujących ingerencje państw w budowę gazociągu Nord Stream przeplata głodnymi kawałkami bliźniaczo podobnymi do rzucanych z prawej strony tekstów o ważnych dla ichniego elektoratu pojęciach. I w zasadzie polityczne rozgrywki zawsze tak wyglądały i zawsze tak wyglądać będą. Zmieniło się co innego. Największym niebezpieczeństwem nie jest niewydanie kolejnej książki albo konieczność odwołania Marszu Niepodległości. Kryzys zagraża zdrowiu i życiu ludzi. I chociaż w Polsce wcale nie jest tak źle, a obywatele powoli przestają się bać, trudno wyobrażać sobie, że bez kosmicznych dotacji z budżetu państwa Trzaskowskiemu uda się wyrównać deficyt spowodowany maksymalnym cięciem kosztów tam, gdzie ciąć ich nie trzeba oraz wydawaniem lekką ręką pieniędzy na mniej potrzebne cele. I chyba dlatego tak bardzo rozczarowujące jest, że nigdy nie usłyszy się wyroku “winny, winny jak ocet” z ust społeczeństwa.