Czerwone światło

Tematem w ostatnich czasach zdecydowanie nieschodzącym nam z ust oraz nieznikającym z mediów (co zresztą widać po czytanym przez Ciebie, Drogi Czytelniku, wydaniu magla) są sierpniowe wybory prezydenckie na Białorusi oraz trwające od ogłoszenia ich wyników protesty. Nawet pomimo odcięcia na terenie Białorusi połączenia z internetem, przez co dostęp do informacji na ten temat został krótkoterminowo ograniczony.

Autor: Michał Wrzosek, Grafika: Aleksandra Morańda

Medialne zainteresowanie nie jest tu niczym dziwnym – w końcu jest to wydarzenie bezprecedensowe, przynajmniej w kraju nad Niemnem, Dnieprem i Prypecią. Bezprecedensowa liczba osób na ulicach miast naszego wschodniego sąsiada, także tych do tej pory przychylnych Łukaszence, bezprecedensowy sprzeciw wobec oficjalnych wyników wyborów, bezprecedensowe próby ukrycia wszelkich alternatywnych danych – przez bezprecedensowe ograniczanie dostępu do ogromnego informacji, jakim jest internet. A może to bezprecedensowy sabotaż z zewnątrz, mający godzić w zaufanie Białorusinów do rządu? Co tu jest prawdą?

Zapewne dwa pierwsze stwierdzenia można uznać za prawdziwe, choć celem tego tekstu nie jest liczenie demonstrantów i roztrząsanie tematów politycznych – kto, co i czy na pewno. Niemniej pozostałe kwestie da się równie prosto rozstrzygnąć – nie jest to pierwszy przypadek odcięcia się kraju od świata czy mocnego ograniczenia łączności, a także bez dwóch zdań nieprawdziwą jest podawana oficjalnie w tym kraju wiadomość, jakoby za zanikami sieci stali Polacy czy Litwini. Dlaczego? O tym później.

Nie zdążyli przywyknąć

Kwestia internetu u naszego wschodniego sąsiada ma dość długą i ciekawą historię. Pomimo prób cenzury sieci poprzez choćby dekret z 2012 r., pozwalający jedynie białoruskim podmiotom zlokalizowanym na terenie Białorusi na świadczenie usług internetowych, pozostała ona przestrzenią względnie dużej swobody, chciałoby się rzec – jedynym niezależnym źródłem informacji, trudniejszym do ocenzurowania od pozostałych. W przeciwieństwie do choćby dużo bardziej restrykcyjnych w tym temacie Chin, można tam korzystać z Facebooka, Twittera, YouTube’a czy też Google’a. Internet stał się i coraz bardziej staje się rzeczywistością równoległą do tej prawdziwej. Choć niewątpliwie te dwa światy przenikają się ze sobą i odciskają na sobie nawzajem spore piętno (łatwo przecież kogoś skompromitować postami sprzed kilku lat, a kompromitacja ta nie kończy się na granicy świata wirtualnego i fizycznego), to światowa sieć rządzi się w dużej mierze swoimi prawami, na które rządy mają dość ograniczony wpływ. W końcu po portalach nie biegają funkcjonariusze OMON-u z pałkami. Nawet jeśli za twoją działalność blogerską może grozić ci więzienie – prawdopodobieństwo skończenia w nim jest o wiele mniejsze niż w przypadku jawnej działalności w świecie „realnym”.

Dominacja ludzi młodych w przestrzeni internetowej jest zjawiskiem ogólnoświatowym i nie inaczej sytuacja ma się na Białorusi. Dekadę temu największą grupę tamtejszych użytkowników sieci stanowili dzisiejsi dwudziestosiedmio–trzydziestodwulatkowie (ok. 38 proc.). Pokolenie niepamiętające władzy innej niż w osobie Łukaszenki jest równocześnie wystarczająco młode, by nadal odczuwać młodzieńczy idealizm – najstarsi osobnicy są w końcu niewiele po trzydziestce – a wystarczająco dojrzałe, by próbować wziąć sprawy ojczyzny w swoje ręce. Niewielu przekonuje już stabilność, bezpieczeństwo oraz względna równość ekonomiczna i dobrobyt, którymi chlubi się obecna władza, a częściej odstraszają ich różne skandale i świństwa, które wyszły spod jej ręki. Źródłem wiedzy na ten temat jest dla nich głównie internet – przykładem tego niech będzie choćby wyjątkowo popularny film z 2019 r. pod tytułem Łukaszenka. Materiały karne, obejrzany niemal dwa mln razy w ciągu dwóch tygodni po premierze. Ponieważ jego tematyka była wcześniej/do tego czasu w zasadzie tajemnicą poliszynela, to dla wielu niepamiętających przedstawionych w nim wydarzeń mogła okazać się szokiem (na marginesie – nie muszę chyba dodawać, że ze strachu przed groźbą więzienia, NEXTA – twórca dokumentu – musiał uciec za granicę). Młodych nęcą również demokracja i wolność słowa, które widzą i o których czytają w mediach społecznościowych. Choć bez wątpienia wielu starszych Białorusinów również ma podobne marzenia o bardziej liberalnej rzeczywistości, to paradoksalnie dzisiejsi dwudziestoparolatkowie nie zdążyli do „łukaszenkizmu” przywyknąć.

 

Czerwone światło

Czy oznacza to, że reżim utracił przestrzeń internetową na rzecz obcych wpływów oraz rodzimych opozycjonistów, chowających się w eterze ogólnoświatowej sieci? Bynajmniej – naiwnym byłoby myślenie, że rząd nie stara się dotrzeć do swych obywateli także za pomocą tego medium. Choć próby odcięcia społeczeństwa od reszty cyberświata na dłuższą metę okazały się nieskuteczne, to Łukaszenka wraz z poplecznikami ma w talii potężną kartę, jaką jest mniej lub bardziej bezpośrednia kontrola nad białoruską telekomunikacją za pomocą państwowego monopolisty, Biełtelekomu. Władza u naszego wschodniego sąsiada nie jest ignorantem w dziedzinie technologii, co pokazuje choćby założenie w 2005 r. w Mińsku swoistego odpowiednika Doliny Krzemowej. Białoruski Park Wysokich Technologii w 2018 r. był domem dla 388 firm zatrudniających ponad 30 tys. pracowników, a wartość jego eksportu przekroczyła 1,4 mld USD. Niewątpliwie jest on jednym z najważniejszych powodów do dumy prezydenta. Powyborczy blackout przy tak pokaźnym orężu nie sprawił reżimowi najmniejszego problemu.

Zresztą, teoretycznie jest to wykonalne również w Polsce. Wymagałoby to odpowiednich regulacji prawnych, jednakże sam proces nie jest niczym zbyt skomplikowanym. Zakłócenie działania internetu, czyli, jak sama nazwa może wskazywać, sieci połączonych ze sobą przy pomocy routerów, wymaga zablokowania punktów wymiany ruchu, „skrzyżowań” pomiędzy różnymi sieciami. Uczynienie tego spowoduje, że użytkownicy jednej nie będą mieli dostępu do usług oferowanych z drugiej strony „skrzyżowania” – a nawet do „swoich”, które opierają się na elementach pochodzących z drugiego krańca internetu. W praktyce oznacza to stracenie łączności z większością świata, poza swym lokalnym cybersąsiedztwem. Wystarczy zatem państwowy nakaz dla władających punktami wymiany ruchu operatorów telekomunikacyjnych, by wdrożyły reguły filtracji ruchu – zapaliły czerwone światło – aby dany kraj tymczasowo zniknął z wirtualnej mapy świata. W przypadku Białorusi wdrożenie takiej decyzji administracyjnej z podanych wcześniej przyczyn nie jest niczym zbyt skomplikowanym.

 

Precedensy

Czy ktokolwiek ma nadal wątpliwości, czy może zniknięcie dostępu do internetu za naszą wschodnią granicą nie jest mimo wszystko sprawką chcącego zdetronizować Łukaszenkę Zachodu? Nawet w kontekście zupełnego braku reakcji rządu na sabotaż zasadniczo podlegających mu usług przez obce siły, zupełnego braku podobnych zdarzeń w tym czasie poza granicami kraju, czy też ministerialnego nakazu blokady siedemdziesięciu informacyjnych stron pod koniec sierpnia? Jeśli tak, być może przekonującymi okażą się precedensy z innych krajów. Nie ma w końcu lepszej metody na zmylenie niesfornego ludu niż odcięcie im ścieżki komunikacji, ani lepszego sposobu na oszczędzenie zagranicy smutnych widoków z ulic twego państwa niż odgrodzenie się od reszty (wirtualnego) świata. Podobne metody zastosowane zostały prawie dekadę temu w czasie protestów w Egipcie przeciwko rządom Hosniego Mubaraka, a także trochę później w trakcie wojny domowej w Syrii – wielokrotnie w okresie bardziej intensywnych starć pomiędzy siłami rządowymi i rebeliantami. Działo się to w różnych celach, zazwyczaj miało to jednak jeden wspólny mianownik – odcięcie od informacji – czy to komunikujących się ze sobą uczestników zamieszek, czy też zagranicy. W pierwszym przypadku odcięcie było niemal zupełne – jakiekolwiek połączenie z siecią było możliwe jedynie dzięki dobroduszności francuskiego operatora oraz połączeniom typu dial-up (czyli innymi słowy, łączeniu się z serwerem dostępowym za pomocą modemu telefonicznego przez zadzwonienie na odpowiedni numer). Choć na Białorusi blokada nie była aż tak „surowa”, bo założona na poziomie filtracji DNS (DNS łączy adres IP z nazwą domeny, a jego „filtracja” polega na odcięciu niechcianych treści przez zablokowanie adresu IP do którego są przypisane domeny lub vice versa, a stosuje się ją także na co dzień, np. do walki ze złośliwymi linkami), a rosyjski komunikator Telegram dzięki swej dostępności stawał się symbolem sprzeciwu wobec władzy, nietrudno zauważyć pewną prawidłowość. Nie jest nią zdecydowanie zmasowany atak hackerski.

Abstrahując od bieżących tematów, internet niewątpliwie stał się integralną częścią współczesnego życia – chyba niewielkim ryzykiem obarczone będzie stwierdzenie, że dzisiejszy świat nas od niego uzależnił. Przypadek Białorusinów, często niemogących wykonywać swej pracy z powodu jego blokady, może stanowić pewnego rodzaju przypomnienie, by zastanowić się nad tym, jak zmieniłoby się nasze życie i jak ciężko byłoby się do nowej–starej sytuacji przyzwyczaić, gdyby ktoś nagle odciął nas od sieci. Nawet tylko tymczasowo. Czy nie można by odcinania ludzi od sieci nazwać pewnego rodzaju „kontrrewolucją” – niezależnie od tego, czy rewolucja, w którą uderza, jest polityczna, czy nie. Że społeczeństwo i technologia są dziś niejako nierozłączne.