Rowerem na kraniec świata

Gdy dwa koła, dwa pedały i droga są wszystkim, czego ci do szczęścia potrzeba, nie zastanawiasz się długo. Pakujesz sakwy, wybierasz kierunek i jedziesz, jedziesz, jedziesz…

Jako dziecko starałem się oglądać każdy film traktujący o podróżach, jaki tylko mogłem. Fascynowały mnie krajobrazy tak różne od tego, co widywałem na co dzień, ludzie, których spotykali podróżnicy oraz przeciwności, które musieli pokonywać. Kiedy poszedłem na studia pojawiły się możliwości wcielenia marzeń w życie. Postanowiłem pojechać do Norwegii, by tam przeżyć swoją własną przygodę, przemierzając krainę lodowych pustkowi i oszałamiających widoków. Studencki budżet mocno ograniczał możliwość wyboru środka transportu, więc zdecydowałem się na najwspanialszą maszynę jaką wymyślił człowiek – rower.

Pierwsze koty za płoty

Spędziłem dwa miesiące na studiowaniu map, przewodników i przeglądaniu folderów. W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Rower ubrałem w sakwy w krakowskim akademiku i stamtąd wyruszyłem pociągiem do Szczecina, potem rowerem do Świnoujścia, gdzie wsiadłem na prom płynący do Ystad. Była to moja pierwsza wyprawa, więc zabrałem ze sobą zdecydowanie zbyt duży bagaż (np. 12 butli z gazem było sporą przesadą), przez co rower ważył zbyt wiele. Moim celem było dotarcie do Przylądka Północnego, czyli najbardziej wysuniętego na północ skrawka Europy. Niestety, z powodu małych funduszy (miałem tylko 140 dol. na całą wyprawę) nie udało mi się tego osiągnąć. Zdołałem dotrzeć „tylko” do koła podbiegunowego. Podczas 31 dni wyprawy pokonałem 4158 km i wracałem do Polski mimo wszystko zadowolony. Postanowiłem sobie mocno, że za rok zrealizuję wszystkie plany z nawiązką. Był rok 1993.

Rozkręcam się

Na kolejną wyprawę wyruszyłem w lipcu 1994 r. z rodzinnego Przemyśla. Tym razem, nauczony doświadczeniem, spakowałem rower lżej. Nie zmienia to faktu, że wciąż był obładowany sakwami z każdej strony. Trasę obrałem taką, jak przed rokiem, czyli najpierw pociągiem do Szczecina, a później promem do Ystad. Szwedzki celnik, widząc mój rower i słysząc, gdzie się wybieram, odmawia mi przywileju posiadania piątej klepki, ja jednak, nie przejmując się tym zbytnio, wsiadam na rower i wyruszam w drogę. Szwecja wita mnie przyjemnym lipcowym słońcem. Poruszam się uroczymi bocznymi uliczkami biegnącymi wzdłuż autostrad, kierując się najpierw ku Malmö, a później wzdłuż wybrzeża ku Norwegii. Widzę po drodze kilka zatłoczonych pól golfowych oraz mnóstwo wiatraków, zarówno tych zabytkowych, jak i tych nowoczesnych, służących do produkcji prądu. Domy, które mijam, mocno ze sobą kontrastują, robiąc na mnie duże wrażenie – jedne wyglądają jak małe zamki, a inne są kolorowymi, drobnymi chatkami. Wszystko wygląda jak wyjęte z bajki. Teren jest płaski, więc szybko zostawiam za sobą krajobrazy Szwecji i czwartego dnia docieram do Norwegii, pokonując most rozciągnięty nad Iddefjordem w Svinesund. Pierwszą widoczną zmianą jest żółty, zamiast białego, kolor linii na jezdni.

Oslo i okolice

Dojeżdżam do Oslo, poruszając się wzdłuż Oslofjordu. Miasto zadziwia swoją przestronnością, a ja odwiedzam tutaj kilka ciekawych miejsc, takich jak zamek Akershus. Działa skierowane w stronę fiordu świadczą o tym, że był kiedyś twierdzą obronną. Kilkaset metrów dalej mogę dojrzeć wysokie czerwone wieże miejskiego ratusza. Przed opuszczeniem Oslo jadę jeszcze na półwysep Bygdøy, by odwiedzić słynne Muzeum Statków Wikingów. Można tam zobaczyć między innymi łódkę zbudowaną na wzór tratew Inków o nazwie „Kon-Tiki”, na której w 1947 r. Thor Heyerdahl wraz z pięcioma towarzyszami przepłynął Ocean Spokojny ze wschodu na zachód. To dowód na to, że już za czasów Inków była możliwa migracja z Ameryki Południowej do Polinezji. Wyjeżdżam z tego miasta nad zatoką, zaskoczony jego osobliwym pięknem i liczbą oferowanych przez nie atrakcji.

Bywa ciężko

Dwa dni później przeżywam najcięższy dzień w czasie całej wyprawy. Wyjeżdżam o dziesiątej i jadę głównie pod górę, wspinając się na coraz to większe wysokości, i tak po około czterech godzinach jazdy mijam kamień z napisem 1117 m n.p.m. Nie jest to może wysokość „alpejska”, ale trzeba pamiętać, że prawie wszystkie podjazdy zaczynają się tu równo z poziomem morza. Dookoła jest pełno śniegu, którego ilość mocno mnie zaskakuje, zważywszy na to, że jest lipiec. Całość wygląda jak bajkowa kraina Królowej Śniegu. Po kilkunastu kilometrach droga zaczyna opadać, a ja zjeżdżam serpentynami, po jednej stronie mając wysoką skalną ścianę, a po drugiej kilkusetmetrową przepaść. Szczęśliwie docieram na sam dół do miasteczka Øvre Årdal. Jest już godzina 18, a za miejscowością szosa od razu zaczyna piąć się bardzo stromo, więc trochę jadąc, trochę pchając rower, gramolę się do góry. Odsuwam od siebie myśl o odpoczynku, poruszam się dalej, a droga, jak na złość, znowu zaczyna prowadzić w górę. Obiecuję sobie, że jeszcze jeden, ostatni zakręt i koniec jazdy na dziś…
W końcu, zmęczony, ale szczęśliwy, że za chwilę będę mógł zakopać się w śpiworze pokonuję łuk… I moim oczom ukazuje się widok na dalszy podjazd, a wokół brak jakiejkolwiek roślinności. Waham się, czy nie jechać na dół, gdzie chwilę wcześniej widziałem dogodne miejsce na obozowisko, jednak żal mi pokonanych z takim trudem kilometrów. Jadę dalej. Po półtorej godziny wdrapuję się na szczyt serpentyn, jestem wycieńczony, ale liczę, że widok ze szczytu mi to wynagrodzi. To, co widzę, odbiera mi resztki sił – droga pnie się dalej. W końcu, za którymś zakrętem z kolei, moim oczom ukazuje się budka i mały domek. Nieopodal w śniegu brodzą dwa renifery. Jestem na wysokości 1300 m. n.p.m. Zatrzymuję się tutaj na posiłek, wypijam litr mocnej kawy i około 2.30 ruszam w dół. Jadę ostrożnie, gdyż droga nie jest w najlepszym stanie, a gdy dojeżdżam do skrzyżowania…znowu wybieram drogę prowadzącą w górę. Tym razem dosyć szybko docieram na szczyt i moim oczom ukazuje się widok na najwyższy płaskowyż Gór Skandynawskich – Jotunheimen („Dom Olbrzymów”). Sięga on 1500 m n.p.m., a wyrastają z niego szczyty o wysokości względnej nawet 1000 m – m.in. Galdhopiggen (2469) i Glittertind (2452) – najwyższe szczyty Norwegii. Zjeżdżam w dół i już po czterech kilometrach moim oczom ukazuje się świetnie miejsce na obozowisko. Jest czwarta rano, a ja szczęśliwy, choć wyczerpany, rozbijam namiot i chowam się w śpiwór, kończąc ten najdłuższy dzień mojej wyprawy.

No, I’m Polish

Przed wyruszeniem w drogę spotykam miłą parę z Danii, podróżującą samochodem kempingowym. Chwilę rozmawiamy, częstują mnie owocami i na odchodne rzucają See you later, maybe. Poruszam się drogą Rv 55, która wspina się do Lustrafjordu. Mijam tabliczki z napisami 1000, 1100, 1200, 1300, później 1400 m n.p.m. i jestem na płaskowyżu. Jest tu tyle śniegu, że obok mnie grupka mężczyzn porusza się na nartach biegowych. Pomimo wąskiej drogi kierowcy są bardzo uprzejmi i cierpliwie czekają na możliwość wyprzedzenia rowerzysty, a za każdą moją próbę ułatwienia im tego manewru obdarzają mnie uśmiechem. Wreszcie docieram do znaku z napisem Fantesteinen 1434 m.o.h., czyli najwyższego punktu tej drogi oraz najwyżej położonego miejsca, które odwiedzę podczas całej wyprawy.
Niedaleko za tabliczką droga zaczyna opadać. Podczas zjazdu licznik co chwilę pokazuje 80 km/h, ciało mam zmarznięte w jednej pozycji, a palce trzymam zaciśnięte kurczowo na hamulcach. Wyjeżdżam z krainy wiecznego śniegu i wokół mnie robi się znowu zielono, zaczynam słyszeć śpiew ptaków i czuję zapach lasu. Tak przejeżdżam około 48 km, aż do Lom. Tuż przed kolejną miejscowością, Vågåmo, spotykam znajomych Duńczyków odpoczywających po obiedzie. Na mój widok wytrzeszczają oczy ze zdziwienia, że przyjechałem tak szybko i słyszę: Man, you are crazy, na co odpowiadam krótko i z dumą: No, I’m Polish.
W ostatnim czasie jadę zwykle nocami. Przez to, że są one bardzo jasne, rozregulowały mój biologiczny zegar. Na drodze spotykam głównie ciężarówki, których kierowcy pozdrawiają mnie głośnymi syrenami. Jednej z takich nocy, około północy ma miejsce ciekawe zdarzenie – wyprzedza mnie samochód osobowy, zatrzymuje się, wysiada z niego mężczyzna i zaczyna bić brawo. Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem. Poczułem, że ktoś naprawdę docenia mój wysiłek.

Chwile zwątpienia

Kilkadziesiąt kilometrów za Oppdal zatrzymuję się przy przydrożnej toalecie. Podobne można znaleźć rozsiane po całej Norwegii. Zaglądam z ciekawości, do części przeznaczonej dla niepełnosprawnych i matek z dziećmi. Nie mogę uwierzyć w to, co widzę – jest obszerna, ocieplana i, przede wszystkim, z gorącą wodą! Nie zastanawiając się długo, idę się cały umyć. To pierwszy raz od zejścia z promu, kiedy mam dostęp do ciepłej wody, cóż za wspaniałe uczucie! Następnego dnia docieram do Trondheim, trzeciego co do wielkości miasta w Norwegii. Odwiedzam tam słynną katedrę Nidaros Domkirke, w której znajduje się grób króla i świętego Olafa II. Przejeżdżam też obok targu rybnego mieszczącego się nad brzegiem fiordu, gdzie mogę zobaczyć wiele różnych gatunków owoców morza, niektórych nawet nie kojarzę. Po wyjeździe z miasta widzę, że niebo szybko zakrywają ciężkie chmury…
Załamanie pogody przychodzi niespodziewanie i przez kilka następnych dni nie przestaje padać. Jako że nie mam się nawet gdzie wysuszyć, wszystko jest mokre – rower, ubrania, buty, jezdnia, a czasem mam wrażenie, że 1 nawet powietrze w oponach. Wielokrotnie w tym czasie z oczu lecą mi łzy bezsilności, mam ochotę rzucić rower, wsiąść do pociągu, który jeszcze tutaj dociera, i wrócić do „normalnego” świata. Nie poddaję się jednak. Wiem, że gdybym dał się skusić wygodzie, bardzo ciężko byłoby później z niej zrezygnować.
Każdy kilometr pokonany o własnych siłach umacnia, powoduje, że następny pokonuje się łatwiej. To walka ze sobą i z własnymi słabościami, coś, co robimy też na co dzień, i według mnie to jeden z tych elementów, które nadają sens każdej wyprawie. Po pewnym czasie już nie myślę, nie czuję, jestem po prostu „maszyną do robienia kilometrów”. W okolicy koła podbiegunowego słońce w końcu przebija się przez chmury i oświetla budynek Ośrodka Koła Polarnego, wyglądający trochę jak UFO. Mieści się tam m.in. poczta, gdzie można kupić certyfikat potwierdzający przekroczenie koła podbiegunowego 66°33’0” N. Po kilkunastu minutach pogoda wraca do normy, ale ta słoneczna chwila daje mi nadzieję, że będzie lepiej.

Żeglując przez Lofoty

Schnąć zaczynam dopiero za miastem Fauske, a do Bodø wjeżdżam przy bezchmurnym niebie. Tam czekam cztery godziny na prom, który za 98 koron przewiezie mnie na oddalone od cywilizacji wyspy, zwane Archipelagiem Lofotów. Pierwszym przystankiem po drodze jest wyspa Røst, której charakterystycznym elementem krajobrazu są wielkie drewniane konstrukcje do suszenia ryb. Drugą przerwę prom robi na wyspie Værøy, której symbolem jest maskonur, czyli pocieszne skrzyżowanie pingwina z papugą. Na Lofoty przybijamy o północy w miejscowości Moskenes, a ja, z racji godziny, zaczynam rozglądać się za noclegiem. Po trzech czy czterech kilometrach znajduję małe jeziorko ze słodką wodą, przy którym rozbijam obóz i zasypiam. Budzi mnie gorąco, pogoda jest wspaniała – dzięki Prądowi Zatokowemu (Golfsztrom) Lofoty nie mają surowego klimatu tak charakterystycznego dla tych szerokości geograficznych. Jadę dalej, co chwila zatrzymując się, by robić zdjęcia, m.in. w osadzie Reine, wokół której polodowcowe cyrki skalne są znakomitym i popularnym terenem do wspinaczki dla alpinistów. Droga często wije się po półkach skalnych tuż nad brzegiem morza, a bujne trawy i kwiaty dodają krajobrazowi kolorytu. Widać postrzępione w oddali góry, wspaniałe łukowate mosty łączące wyspy oraz szkiery, czyli skalne wysepki pochodzenia polodowcowego. Nie sposób też nie zauważyć czerwonych chat rybackich zwanych Rorbuer, które były budowane już od roku 1140, by służyć rybakom przybywającym na wyspy – wcześniej sypiali pod swoimi łódkami obróconymi do góry dnem. Jakiś czas później docieram do Svolvær, gdzie znajduje się słynna skała nazywana „kozłem”, gdyż rozwidla się ona u góry. Niektórzy skaczą z jednego „rogu” na drugi, a 600 m niżej jest cmentarz dla tych, którym się to nie udało. Z przystani w Svolvær przedostaję się promem na stały ląd do Skutvik i żegnam skąpane w deszczu, ale przyjazne Lofoty.

Dotrzeć na Spitsbergen

Kilka kilometrów przed Narwikiem, w Hakvik, znajduje się cmentarz, gdzie spoczywa 97 polskich marynarzy z Niszczyciela ORP Grom. W samym Narwiku zaś odnajduję Gromplass, gdzie znajduje się pomnik żołnierza, Polaka. Jest w tym coś wzruszającego, że 2,5 tys. kilometrów od domu czytam napisy w ojczystym języku. Trochę dalej, na przełęczy Hela, mam okazję podziwiać folklor Saamów (Lapończyków). Mężczyźni w granatowych kubraczkach i granatowo-czerwonych czapkach oraz kobiety ubrane w ciemnoniebieskie suknie obramowane czerwonymi i żółtymi wstążkami sprzedają pamiątki z wielkich wigwamów. Można tu kupić poroże reniferów, ciepłe futra, skóry z namalowaną mapą Norwegii, a jak ktoś się uprze, to nawet wypchanego renifera w całości.
Ostatnie 20 km drogi do Tromsø przemierzam busem, gdyż poznałem jego kierowcę, Marka. Jest Polakiem i teraz ma kilka dni wolnego, ponieważ czeka aż grupa, którą wozi, wróci ze Spitsbergenu. Razem odwiedzamy polskiego księdza Andrzeja. Ten przyjmuje nas z otwartymi ramionami i częstuje świetnym jedzeniem. Ważę się i okazuje się, że jestem 14 kilogramów lżejszy niż przed wyjazdem. Po prysznicu idę na miasto, by kupić bilety lotnicze na Spitsbergen. Okazuje się, że wylot mam za dwa dni, gdyż samoloty latają przez cztery dni w tygodniu. Następny dzień spędzam na pomaganiu polskim siostrom z zakonu karmelitanek bosych, które przybyły tu z Islandii, by postawić ogrodzenie nowo budowanego klasztoru. Wieczorem przepakowuję się, większość rzeczy zostawiam u księży i rano jadę na lotnisko. Czuję ten dreszcz emocji, marzenia są w zasięgu ręki.
Dzień jest deszczowy, więc bez większej zwłoki pakuję się do samolotu. Chwilę po starcie przebijamy się przez chmury, a 75 min później za oknami pojawia się archipelag Svalbard. Widoki są oszałamiające, widać nieprzystępny ląd, pokryte śniegiem góry oraz liczne doliny oplecione siecią rzek. Po 15 minutach samolot ląduje w Longyearbyen, stolicy Svalbardu. Jest słonecznie, termometr wskazuje +2 stopnie Celsjusza, odbieram rower i bagaż, oglądam stojącego w gablocie wypchanego białego misia i opuszczam lotnisko. Jestem z rowerem na 78°15’N!

W krainie polarnego misia

Ostatnią oznaką cywilizacji na mojej trasie jest centrum Longyearbyen, gdzie odwiedzam pocztę, by wysłać kartki do Polski. Miejscowość ta liczy 1,8 tys. mieszkańców i utrzymuje się głównie z turystyki i wydobycia węgla. Droga prowadząca od miasta kończy się po 14 km. Skręcam w prawo w ostatnią boczną drogę, prowadzę rower 200 m w głąb doliny Todalen i rozbijam namiot. Przed zaśnięciem usiłuję się jeszcze zaprzyjaźnić z reniferem, który jednak nie daje podejść do siebie bliżej niż na dwa kroki. Usypiam ufny w łaskawość tego surowego lądu, gdzie człowiek jest skazany, jak mało gdzie, na łaskę matki natury.
Rano ciężko jest mi wyjść ze swojego śpiwora. Wreszcie po śniadaniu próbuję ruszyć w drogę, jednakże podmokły grząski grunt oraz przecinające dolinę wielkie zwały luźnych głazów wykluczają jazdę na rowerze. Zostawiam go wraz z częścią dobytku w miejscu, gdzie nocowałem i przypinam do niego kartkę z informacją o terminie planowanego powrotu. Zakładam mały plecaczek, przerzucam przez jedno ramię dwie sakwy spięte paskiem od spodni, a przez drugie, połączone ze sobą sznurkiem, namiot i śpiwór. Aby zabezpieczyć się przed wilgocią, na skarpetki zakładam worki foliowe i wyruszam.
Pierwsze, co mnie zaskakuje, to bogactwo napotykanego ptactwa, renifery zaś dosyć szybko mi powszednieją, gdyż są dosłownie wszędzie. Po czterech godzinach marszu docieram do granicy roślinności, znika mech, znikają kwiaty – pozostają tylko skały, lód i śnieg. Cały czas, podświadomie, czuję lęk przed spotkaniem tutejszego władcy – niedźwiedzia polarnego. W Longyearbyen można nawet wypożyczyć broń palną do obrony przed nim, i to bez żadnych pozwoleń. Niespodziewanie koryto rzeki zwęża się i jestem zmuszony wspiąć się na kilkumetrową skarpę. Ze szczytu widzę w oddali chatkę, której widok dodaje mi sił. Po bokach zaś majaczą szczyty gór pokryte lodowcami. Jeden z nich, Svendsenbreen, schodzi małym jęzorem do doliny. Po godzinie dochodzę do domku, już mocno zmęczony ze względu na niewygodne sakwy, ale szczęśliwy, że będę mógł je z siebie w końcu zrzucić… nie pierwszy raz spotyka mnie jednak rozczarowanie – drzwi są zamknięte. Znajdujący się tu termometr wskazuje -9 stopni Celsjusza. Po drugiej stronie wąwozu widzę kolejne trzy chatki i postanawiam tam spróbować swojego szczęścia. Gdy docieram, łapię klamkę pierwszej chatki – zamknięta. Podchodzę do drugiej i – bingo! Otwieram drzwi, jednakże za nimi czekają mnie kolejne, które wpuścić mnie do środka nie zamierzają. Już godząc się z myślą, że będę musiał spędzić noc na mrozie, przeszukuję półkę w przedsionku.
Między kukurydzą a konserwą udaje mi się wyczuć palcami niewielki metalowy kształt – jest klucz! Chatka jest przytulnie urządzona, jest kuchnia, sypialnia i pokój. Z okna roztacza się wspaniały widok na ośnieżone góry, a nieopodal widzę białego lisa, który przygląda mi się z zainteresowaniem. Zasypiam z myślą o tym, że jestem w Arktyce, miejscu, gdzie człowiek jest naprawdę wolny.

Bliskie spotkania

Wstaję dokładnie o 3:34, ani wcześnie, ani późno, gdyż w miejscu, gdzie panuje wieczny dzień, pojęcie czasu przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Początek dnia spędzam na zwiedzaniu okolicy. Cały czas staram się mieć oczy dookoła głowy, by uniknąć potencjalnego spotkania z niedźwiedziem. Wspinam się na najwyższy szczyt w pobliżu – Westbytoppane (980 m n.p.m.), skąd roztacza się wspaniały widok na białą przestrzeń ograniczoną tylko odległymi górami i lodowcami. Uświadamiam sobie, że oto spełniło się moje wielkie marzenie i nie mogę powstrzymać łez szczęścia. Przechodzę granią na sąsiedni szczyt i moim oczom ukazuje się morze o niespotykanym turkusowym kolorze. Siadam i siedzę tam przez pół godziny, podziwiając widoki i napawając się ciszą. Wtedy też zaczynam rozumieć alpinistów i podróżników ryzykujących życie, by przemierzać nieznane lądy. Wreszcie udało mi się odczuć to, co oni czują podczas swoich największych wypraw.
Do chatki wracam tą samą trasą, zjadam tam pierwszy tego dnia posiłek i wyruszam w dalszą drogę. Mając mapę oznaczoną poziomicami, nie sposób tu zabłądzić. Po kilku godzinach marszu w oddali ukazuje mi się kolejny domek, do którego mam, tak na oko, około pół godziny. Jednakże czyste powietrze i wszechobecna biel mocno zaburzają percepcję, więc dotarcie tam zajmuje mi trzy godziny i na dodatek okazuje się on zamknięty. Idę więc jeszcze przez jakiś czas i rozkładam namiot nieopodal lodowca, zakopuję się w śpiwór i zasypiam.
Budzi mnie jakiś szmer. Coś ociera się o namiot i głośno sapie. Drętwieję, zimny dreszcz przechodzi mi po plecach, a na czoło występują krople potu. Czyżby był to biały niedźwiedź? Boję się nawet głośno oddychać, a na zewnątrz cały czas coś łazi i co chwilę słychać pomruki. Czuję strach, a jedyną bronią, jaką mam, jest duży nóż myśliwski, którym mógłbym misiowi co najwyżej pazurki wyczyścić. Mimo to chwytam go w dłoń. Staram się nie ruszać, modlę się, by to coś na zewnątrz sobie poszło… Mija godzina. Mam już dość ciągłego napięcia, decyduję się więc stawić czoło niedźwiedziowi, licząc, że może uda mi się go przestraszyć albo uciec…
Powoli wyglądam na zewnątrz… moim przerażonym oczom ukazują się dwa renifery leżące sobie pół metra od namiotu. Jak gdyby nigdy nic, skubią sobie mech. Mają szczęście, że nie wypożyczyłem tej strzelby. Po całej sytuacji nie mogę już spać, więc zwijam obóz i ruszam przez wąwóz Endalen. Docieram w końcu do miejsca, w którym zostawiłem swój rower. Na szczęście wszystko jest na swoim miejscu, zakładam więc sakwy na pojazd i ruszam w kierunku lotniska.

Nordkapp

Przelatuję do Tromsø i odwiedzam księży, by odebrać swoje rzeczy. Od Nordkapp, czyli ubiegłorocznego niespełnionego marzenia, dzielą mnie trzy dni drogi. Pokonuję je sprawnie, mimo że ostatnie 34 km były bardzo wymagające. Bliskość celu motywowała mnie skutecznie i tak 17 sierpnia 1994  r. o godzinie 21:30, oświetlany zachodzącym słońcem, docieram do tabliczki z napisem Nordkapp. To tutaj kończy się świat, tutaj wody Oceanu Lodowatego obmywają najbardziej północne skrawki Starego Kontynentu. Jestem szczęśliwy, że udało mi się tu dotrzeć siłą własnych mięśni, zapominam na chwilę o wysiłku tysięcy przejechanych kilometrów i czuję się jak nowo narodzony. Jak zahipnotyzowany patrzę na północ, gdzie nie ma już nic. Miejsce to ma jednak jakąś tajemniczą moc.
W ten sposób zrealizowałem dwa główne cele swojej wyprawy, jednakże po krótkim pobycie na Nordkappie zamierzam przejechać jeszcze przez Finlandię i wrócić do Norwegii. Tam planuję pokonać „Drabinę Trolli” (Trollstingen) i zakończyć moją podróż w Oslo, wsiadając na prom King of Scandinavia płynący do Kopenhagi. Jednak już teraz wiem, że to nie jest moja ostatnia wyprawa w te strony, gdyż pokochałem tę rozległą i piękną krainę.