Krowiś są super – wywiad z Bałtykiem

Bałtyk, czyli Michał Rutkowski, jest młodym songwriterem, którego smutne anglojęzyczne ballady docenił zarówno Internet, jak i krajowa scena niezależna. W tym miesiącu pojawi się jego nowa płyta, a dziś opowie o inspiracjach, słuchaniu samego siebie i krowach.

Pod tym linkiem przygotowana przez Bałtyka dla MAGLA playlista złożona z utworów, które zainspirowały nowy album.

MAGIEL: Kim jesteś?
BAŁTYK: Nie wiem. To jest właśnie najważniejsze, że nadal tego nie wiem. Tak w domyśle robię muzykę. Łatwiej będzie powiedzieć, że ja ją piszę. Jednocześnie bardzo chaotycznie i perfekcjonistycznie – ciężko się ze mną pracuje.

Czym jest Bałtyk? Czy zachodzi rozróżnienie między twoją osobą a Bałtykiem?
Mnie się wydaje – podobnie twierdzi moja terapeutka – że Bałtyk to taka wersja mnie zamrożonego na swojej granicy emocjonalnej. Jeśli tworzy się sztukę, to naprawdę dobrze jest mieć takie alter ego, żeby trochę przekroczyć swoje granice – z pewnością tak jest i u mnie. Z czasem staje się to problematyczne. Nie zmienia to faktu, że jeśli traci się bariery emocjonalne przy tym, co się tworzy, to na pewno bardziej rezonuje to z odbiorcą.

Kiedy właściwie odkryłeś Bałtyk? Jak się z nim docierałeś?
Tak naprawdę Bałtyk nie był czymś zaplanowanym, mającym być jakąś wielką kulminacją wszystkich moich idei. Nie jest on zupełnie konceptualnym projektem; po prostu pragnieniem zrobienia czegoś, z czym się utożsamiam. Istniało to wcześniej pod innymi nazwami – tylko dla mnie, może dla dwóch, trzech osób. Miło, że Bałtyk jakoś tak się w miarę rozwinął.

Kiedyś wyjechałem z siostrą nad morze i około szóstej rano, tak sam dla siebie, wyszedłem na nie popatrzeć. Nagle trzepnął wiatr. Nie pamiętam zbyt wiele – nawet czego wtedy słuchałem, choć było to z pewnością coś fajnego. Doznałem wtedy takiego olśnienia, że Bałtyk to niezła nazwa na projekt, zahaczająca o niszę projektów o nazwach w języku narodowym twórców, którzy nie celują w jakikolwiek rynek – trochę tak jak Björk. Moim zdaniem nadaje to trochę intymności oraz w jakimś stopniu dodaje twórcy autentyczności.

Czy było takie wydarzenie artystyczne, które tobą wstrząsnęło, zmieniło twoje podejście do twórczości, tworzenia?
Sporo jest takich rzeczy. Tak dużo, że ciężko mi wymienić w tym momencie nawet jedno. Odbieram sztukę i to powinno być wystarczające.

Jak określiłbyś twoje przejście przez Fleeting Light i Self-Helpy do obecnego stanu?
To wynika z mojej ewolucji jako osoby. Jak pisałem Fleeting Light, to miałem takie poczucie: ojej, trzeba jarać się naturą, trzeba izolować się w naturę. W tamtym czasie to było dla mnie coś bardzo naturalnego. Nie mówię, że to jest złe, bo na pewno takie nie jest. Wyobrażam sobie, że za dwa, trzy lata mógłbym do tego wrócić.

Self-Helpy są o wiele bardziej songwriterskie. Akcentują fizyczno-chemiczną część egzystencji człowieka, nie tę oniryczną i spirytualną. Na pewno wpływ mają na to doświadczenia życiowe i tak dalej. To, co teraz piszę, jest o wiele bardziej gruntowne oraz namacalne.

Więc możemy się spodziewać, że to w tym kierunku wyewoluuje twój projekt?
Tak mi się wydaje. Dochodzę do wniosku, że bezpośredniość w tym, co robię, namacalne nazywanie swoich uczuć, stało się dla mnie już w miarę naturalne. Moim zdaniem to nie jest coś złego. Ludzie powinni się przynajmniej starać nazywać to, co czują, swoje emocje.

W strefie lirycznej Self-Helpu poruszasz wiele tematów rezonujących z naszym pokoleniem. Czy faktycznie tworzenie tego albumu pozwoliło ci się skonfrontować z twoimi problemami? Czy był to ich upust?
Z jednej strony tak, choć w pewnym stopniu też nie. Mi się wydaje, że takie projekty istnieją, żeby dla odbiorcy były katartyczne. Nie wiem, nie odczułem jakiejś wielkiej ulgi po napisaniu tego. Obecnie widzę, że to, co napisałem na Self-Helpie rezonuje z ludźmi i dla mnie to normalizuje problem. Pozwala mi to jeszcze bardziej zdystansować się od tego, co przeżyłem, i mam nadzieję, że innym ludziom też. Ten dystans pozwala nam nazywać te rzeczy i leczyć się nawzajem.

Motyw spaceru z psem pojawia się zarówno na Fleeting Light, jak i Self-Helpie. Co możesz o nim opowiedzieć?
Jestem straszną psiarą. Gdy czułem się samotnie lub nie miałem nic innego do roboty, po prostu wychodziłem z psem. Dwa lata temu był właśnie taki czas. Mojemu psu to wyszło na plus, bo schudł.

Czyli teraz jest bardziej zaniedbany?
Tak, jest teraz u rodziców. Miałem go wziąć do siebie, jednak w końcu mi nie pozwolili.

Wprowadźmy jeszcze kontekst twoich koncertów. Czy to są miejsca bardziej do płakania, czy tańczenia?
Szczerze, zależy jak się czuję. Moim zdaniem koncerty wymagają bardzo dużo przygotowania, należy je przez jakiś dłuższy czas głaskać. Jeśli mam ochotę zagrać dla ludzi bardziej songwriterski koncert w stylu: gitara klasyczna, opowiadanie co mnie boli, to to robię; jeśli chcę zrobić coś elektronicznego, to idę w tym kierunku. Moim zdaniem tańczyć też można do smutnych rzeczy. Melodyczność i elektroniczny aspekt takiej muzyki wcale nie musi jej odejmować wagi emocjonalnej, którą ona niesie.

Jak wspominasz początki swojego koncertowania? Jak to było wyjść z tak personalnym, introwertycznym materiałem do ludzi, jak to określasz – dać się na talerzu?
Dla mnie było to trudne, nadal jest – wątpię, że kiedyś przestanie. Są to po prostu inni ludzie, ogarnia mnie strach, ciężko cokolwiek powiedzieć sensownego.

A co możemy zaoferować my jako słuchacze? Czego ty oczekiwałbyś od nas na koncercie?
Nie myślę o tym w ogóle. Ja się cieszę, gdy ludzie po prostu są. Dla mnie ważne jest tak naprawdę tylko to, żeby w jakimś stopniu to rezonowało. I nie wiem, w jakim stanie ktoś musi być, żeby był, można powiedzieć, w podatnym stadium na odbiór sztuki. To nie jest moja sprawa. Jedyne, czego mogę oczekiwać od ludzi, to jest to, żeby mi nie przeszkadzali.

W naszej rozmowie chciałbym się również odnieść do postaci Davida Wojnarowicza. Po prostu jest go dużo na Self-Helpach, dałeś mu na nich wiele głosu. Z jakiego względu?
Bo jest moim zdaniem bardzo dobrym artystą i ciekawą postacią. Chciał przekazać ciekawe i ważne informacje, takie jak odejście od beatnicyzmu i normalizacja życia z AIDS. Słuchanie jego travelogue’ów [chodzi o płytę Cross Country zawierającą spoken word opisujący strumieniem świadomości podróże artysty po USA oraz nagrania terenowe – przyp. red.] było dla mnie katartyczne i takie pozostaje. Fakt, że mówił tak otwarcie o tym, co odczuwał, co robił, pozwolił mi lepiej ugruntować się w procesie tworzenia i także samemu minimalizować filtry emocjonalne. Był artystą nie dla samego bycia nim, czuć, że robił rzeczy wbrew sobie; łamał siebie samego, nie dlatego, że tak musiał, ale dlatego, że to co tworzył, wymagało tego.

Tam jest jeszcze wiele innych inspiracji: chociażby Bowie, Iggy. No właśnie, jaki wpływ na ciebie wywarli?
David Bowie w sumie jest ze mną od podstawówki – na początku jako Alladin Sane – taka płyta z tym piorunem; dla mnie była to wtedy jedyna płyta Bowiego, potem, gdy trochę podrosłem, Iggy Pop stał się logicznym rozwinięciem tej rockowej strony Davida z okresu berlińskiego. Songwritersko bardzo duży wpływ wywarli na mnie Phil Elverum oraz Thom Yorke z zespołem Radiohead (jak na każdego w gimnazjum).

Jaką swoją piosenkę pokazałbyś osobie świeżo poznanej? Taką, żeby przedstawiała ciebie?
Nie wiem, ja bym nic nie pokazał, bo to jest strasznie trudne. Ja w twórczości jestem taki: znamy się trzy lata, opowiadam ci rzeczy. Jeden gość miał taki vibe, że utożsamia się z moją muzyką. To było mega fajne, ale z drugiej strony też niekomfortowe. Czasami mam takie przekonanie, że ja przesadzam z tym byciem sobą, że ludzie mogą się z tym zbyt utożsamiać. Jeszcze zostaną mną, a tego nikomu nie życzę. Ja sam miałem taką tendencję, że czytałem bardzo songwriterskie rzeczy i utożsamiałem się z nimi. Wtedy podświadomie sam stawałem się tą osobą, zaczynałem udawać ją w tym, jak funkcjonuje. Przeżywanie rzeczy jak ja i odbieranie ich tak jak ja nie jest zawsze najlepszą formą odbioru.

Pięć albumów składających się na Twój kręgosłup muzyczny?
Wydaje mi się, że to cały czas się zmienia.

Na dzień dzisiejszy?
Na dzień dzisiejszy: Of Montreal – Cherry Peel, Diane Cluck – Oh Vanille/Ova Nil, uhh… Strasznie trudne pytanie, teraz się czuję, jakbym muzyki nie słuchał. Sekundę… (Bałtyk otwiera aplikację Spotify w telefonie) Bo w tym momencie sobie przypomnę i będę miał takie: ach! Oczywiście The Glow pt. 2, totalne zrzynanie z mojej strony. Vespertine od Björk, to jest bardzo ładna płyta, bardzo utożsamiam się z nią. I pamiętam, że był taki album Animal Collective – Spirit They’re Gone, Spirit They’ve Vanished. Jest tam utwór Alvin Row, który mocno oddziałuje na moją psychikę.

A co ci wyszło na Spotify Wrapped w tym roku? Co jest tym numerem jeden?
Będziesz się śmiał, bo ja. Na moim alt-koncie na Twitterze (proszę go nie próbować znaleźć) napisałem, że jeśli nie masz siebie na numer jeden na Spotify Wrapped, no to czy nawet próbujesz. Tak że Bałtyk jest numer jeden. Potem Karl Blau, The Afterglows i potem The Mountain Goats i Alex G.

Jakbyś miał wybrać ulubiony środek transportu, to co by to było?
Uwaga! Jedzie tramwaj jest bardzo fajną płytą.

Mam plan rzucić studia i zostać motorniczą, bo marzę o tym od dziecka.
Świetnie! Wracałem kiedyś z pracy w barze i poznałem na przystanku autobusowym motorniczego-fanatyka. Chciał sobie po prostu gdzieś pojechać nocnym autobusem. Opowiedział mi historię swojego życia, a później postawił piwo. Bardzo fajna postać – jeździ czternastką.

Czy krowy są najsłodsze?
Ja jestem wielkim fanem krowiś i wegeświrem. Zamierzam to kontynuować i mówić, że krowiś są super, bo są. Niedaleko domu moich rodziców jest taka łąka, gdzie sobie siedzą. Można do nich przyjść i one bardzo lubią, jak się je głaszcze. Taka jedna mnie nawet pamięta, mam jej zdjęcie, myślę o niej czasami i jest mi dobrze. Ja myślę, że trzeba nagłaśniać krowiś jako słodkie i mądre zwierzęta, szanować i głaskać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *