Fantasy na tronie

W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien Hobbit – od tego wszystko się zaczęło. Cały wspaniały i nieustannie ewoluujący nurt sztuki fantasy. Ciekawe co dzisiaj powiedziałby J.R.R. Tolkien, widząc jak na wielkim ekranie orkowie docierają pod Samotną Górę transportowani w brzuchach wielkich czerwii, a niesamowity Legolas skacze nie tylko po hollywoodzko zawalającym się moście, lecz także pomiędzy różnymi powieściami.

Niestety, pisarz nie doczekał najsłynniejszych ekranizacji swoich dzieł. Trudno się dziwić. Fantasy bardzo długo pojawiało się w kinematografii jedynie jako specyficzna nisza. Jednakże, wraz z rozwojem technologii, zbierało siły i szykowało się do podboju świata filmu jedną, potężną falą. Po ekranizacjach Gry o Tron oraz hitów Petera Jacksona można mieć już pewność: oto nadeszła era filmów i seriali fantasy. Ze wszystkimi tego następstwami.

Era mroku, kiczu i barbarzyńców

Trudno powiedzieć, kiedy ktoś po raz pierwszy wpadł na pomysł przeniesienia opowieści o smokach, potworach i herosach na wielki lub srebrny ekran. Fantasy to bardzo szerokie i niełatwe do zdefiniowania pojęcie łączące w sobie elementy baśni, mitu i horroru. Filmowy świat szerzej usłyszał o jego tradycyjnej formie w latach 80. dzięki dziełom Conan BarbarzyńcaConan Niszczyciel. Reprezentowały one prąd tzw. mieczy i sandałów, czyli historii o walecznych, umięśnionych barbarzyńcach. I choć odziany w przepaskę biodrową Conan (czyli Arnold Schwarzenegger za swoich najlepszych lat) zdobył pewną rzesze fanów, nie przekonał do siebie szerszej publiczności, a już na pewno nie wydaje się atrakcyjny dla dzisiejszego widza. Podobnie rzecz ma się z emitowanymi w latach 90. serialami Xena: Wojownicza Księżniczka, Przygody Herkulesa, Władca Zwierząt czy Nowe Przygody Robin Hooda. Wszystkie opierały się na jednym schemacie: grupa bohaterów przemierza świat, walcząc z potworami i złoczyńcami. Na ekranie dominowały słaba gra aktorska, którą próbowano rekompensować atrakcyjnymi ciałami herosów i heroin oraz wołające o pomstę do nieba efekty specjalne. Po dodaniu do tego płytkiej fabuły i drewnianych dialogów otrzymuje się kicz w najczystszej postaci. Twór mogący przyciągnąć do siebie geeków, ale niezdolny do zaistnienia w masowej świadomości. A co najważniejsze, niewykorzystujący magii i potencjału leżącego w fantasy.

W krainach wolnych od tyranii mieczy i sandałów rodziły się również produkcje dobre albo przynajmniej posiadające intrygujący klimat, takie jak Ciemny Kryształ (1982), Willow (1988), Niekończąca się opowieść (1984). Należały jednak do rzadkości. Dopiero z nastaniem nowego millenium coś drgnęło. Zza morza nadszedł wybraniec o imieniu Peter Jackson. Uzbrojony w ekranizacje Władcy Pierścieni zstąpił do krainy ludzi, podbijając serca fanów i zagarniając kolejne Oscary. W krok za nim podążyli Andrew Adamson z pierwszą częścią Opowieści z Narnii, saga o Harrym Potterze i kilka innych produkcji, które odniosły w boju mniejsze lub większe sukcesy. We wszystkich tych filmach dało się dostrzec ogromny skok jakości względem tworów ze schyłku XX w. Wydaje się, że scenarzyści nareszcie zdecydowali się rzucić w kąt komiksy o barbarzyńcach, a w dłonie ujęli klasykę światowej fantastyki. Ekranizacji swoich książek doczekali się Terry Pratchett, Neil Geilman czy Philip Pullman. Wykreowane w ich głowach pomysły ożyły dzięki postępującemu rozwojowi technologii, a widz w końcu mógł chłonąć magię, zanurzyć się w świecie wróżek i elfów albo poczuć na twarzy żar smoczego oddechu.

Era światła, seriali i animowanych smoków

Ktoś mógłby powiedzieć, że ambicje tego gatunku zostały spełnione. Jednak jakiś czas temu stacja HBO postanowiła zaryzykować i zekranizować, szerzej wtedy nieznaną, książkę ­George’a R.R. Martina. Osiem lat później, gdy finał Gry o Tron jest już za nami, żyjemy w rzeczywistości zdominowanej przez seriale, które właśnie ekranizacja Pieśni Lodu i Ognia posadziła na Żelaznym Tronie rozrywki. Przez większość drugiej dekady XXI w. wydarzenia osadzone w świecie fantasy były na językach fanów i dyskutowano o nich przy wszystkich okazjach: od rodzinnych obiadów i spotkań przyjaciół, po akademickie korytarze i przerwy na kawę w korporacjach. Świat wyobraźni zawładnął umysłami śmiertelników na niespotykaną dotąd skalę. Nic dziwnego, że inne platformy streamingowe dostrzegły potencjał kryjący się w terminie „fantasy”. W ostatnich latach Netflix wypuścił produkcje takie jak Wiedźmin czy Upadek Królestwa, czy prequel Ciemnego Kryształu. AXN pokusił się o adaptację Kronik Shannary, a Amazon uraczył nas udanym Carnival Row. Lecz to tylko awangarda nadciągającej armii seriali fantasy. Scenarzyści eksploatują gatunek, jak się da: w drodze na ekrany są już kolejne produkcje i nierzadko, jak np. kolejne ekranizacje Tolkiena na Amazon Prime Video, szykowane są na flagowe tytuły matczynych platform.

Nim jednak fani fantasy popadną w euforię, warto zastanowić się, czy po drodze do potęgi ich ukochany gatunek nie zgubił cząstki własnej duszy? Oglądając coraz lepiej animowane orki i smoki, można mieć wrażenie, że więcej mają już w sobie z Transformersów niż z baśniowych istot. Gdzie w całym tym filmowym przepychu miejsce na wyobraźnię, na zamknięcie oczu i wykreowanie własnego obrazu przedstawionego świata? Gdzie magia i klimat, które odróżniają klasyczne fantasy od historii spod znaku Marvela?

Dzieła J.R.R. Tolkiena, na których zbudowano niemal cały gatunek, są w istocie wypadkową rozmaitych europejskich mitów, które poznał autor. Bije z nich mistycyzm i siła pradawnych wierzeń, które pozwalają czytelnikowi na pełną immersję. Lektura dobrego fantasy daje nam odpocząć od pędzącej współczesności i przenieść się w znacznie prostszy, prymitywniejszy świat, w którym wszystko może się zdarzyć. Na moment pozwala poczuć się jak małe dziecko zasłuchane w fascynującą baśń. To stan jedyny w swoim rodzaju i każdy, kto pokłada choć odrobinę wiary w siłę swojej wyobraźni, powinien spróbować wsiąknąć w jakiś niestworzony świat.

Ukazanie odbiorcy tej fantastycznej rzeczywistości w formie filmu często psuje cały efekt. Bez możliwości wyobrażenia sobie krain, postaci i wydarzeń sens fantasy staje pod znakiem zapytania. Im więcej efektów specjalnych, im dokładniejsze modele stworów, tym bardziej wspomniany mistycyzm ulatuje z dzieła, pozostawiając suchą rozrywkę. W ten sposób gatunek cofa się do czasów Conana, tyle że zamiast Arnolda widza uwodzi CGI.

Gatunek fantasy osiadł na tronie i zaczął gnuśnieć. Trudno powiedzieć, czy jego dalsza popularyzacja wyjdzie mu na dobre, czy złe. Na pewno podaruje nam jeszcze kilka wspaniałych historii. Pytanie jednak, czy nie odbierze czegoś znacznie cenniejszego?

Autor: Bartłomiej Pacho