Recenzje muzyczne – maj/czerwiec 2020

Yves Tumor – Heaven to a Tortured Mind

 

Autorka: Zuza Powaga

Nie wiadomo jak Yves Tumor nazywa się tak naprawdę – podobno Sean Bowie, skąd pochodzi – podobno z Tennessee, ani ile ma lat – podobno 28. I można w to wszystko wierzyć – podobno. Jednak ja nie wierzę ani w to, ani w jakiekolwiek porównania jego muzykalności do tej Deana Blunta, jego liryki do tej Davida Bowiego albo jego wokalu do tego Prince’a. W geście odrzucenia wszelkich porównań kręcę nosem, bo z wiarą mi zwyczajnie nie po drodze i powiem tylko tyle: nie mogłam się doczekać Heaven to a Tortured Mind.
Czas sprawia, że stajemy się więźniami własnych oczekiwań, więc w dzień premiery albumu przyglądałam się jedynie, jak Yves wymazuje mi z głowy wszelkie wyobrażenia. W ich miejsce zaczął malować swoją wizję końca świata rodem z Apokalipsy św. Jana, którą ugruntował gdy okazało się, że miłość jednak nie jest łaskawą, a unosi się gniewem jak przerywane dęcie diabolicznego rogu i wcale nie współweseli się z prawdą jak zbawienne chórki gospelowe. Siedem głów perkusyjnych odciętych gilotyną i sześćset zębów gitary basowej, pakt z szatańskim klarnetem i wymiana tożsamości z jeziorem ognistych werbli, tylko po to żeby móc przyjrzeć się swojej duszy. Drastyczna ekspresja albo czułostkowy liryzm, czasem oba. Glam rockowy pasaż dźwiękowy, niewysłuchane wokale falsetowe Tumora: I need kerosene i odpowiedź balladowa Diany Gordon: I can be anything you need, przesadnie nic nieznacząca. Dla niektórych ucieczka to manewr wymijający, dla innych szczyt odwagi, a dla mnie to najszczersze zwierzenie. What are you running from?
Brak odpowiedzi kończy się poczuciem zmęczenia, dlatego od Romanticist/Dream Palette tragiczna koncepcja świata Yvesa unicestwia się w fajerwerkach, wyznaczających granicę pomiędzy przeszłością, a tym co teraz. Czarne niebo pełne rozbłyskujących komet, ściana huczących planet, chaos gitarowy floating through what feels like/A declaration of love. Im jestem starsza, tym mniej potrafię sobie wyobrazić, jak wielki jest kosmos; analogicznie, im więcej myślę, tym rzadziej wybieram skomplikowane rozwiązania, dlatego tak – nie oponuję kiczowatym wyznaniom miłości typu Girl, when I’m with you, it’s like superstars, tak – zachwycam się niewyszukaną linią melodyczną elektrycznych riffów, tak – wtóruję wynurzającym się z nich wokalom i tak, przyznaję – łatwo przyjąć czyjeś urojenia za swoje, gdy wieczory od środy do piątku przypominają wszystkie wtorki i poniedziałki. Wychodzę jednak z założenia, że były takie dni wiosny, lata, zimy, jesieni, które pamiętam dostatecznie dobrze i naprawdę nie wiem, co takiego jest w tych ostatnich trzech utworach: czy to mdlejący głos Julii Cumming czy gwiezdny pył tamburynowy w Strawberry Privilege, czy bluesowe smugi zagubionych asteroid, czy może mgławica pianin elektrycznych w A Greater Love, ale na myśl o tym mikrokosmosie wspomnień beztroskich, nie dzisiejszych, I’m heavy, I begin to slumber.

Ocena: 4/5

 

The Weeknd – After Hours

 

Autorka: Wiktoria Kolinko

Ta piosenka sprawia, że chcę jechać późną nocą do dalekiej, losowej lokalizacji, Nie wiem jak Wy, ale odczuwam tutaj klimaty GTA – (tłum. autorskie). Tak brzmią najwyżej oceniane komentarze na YouTubie do utworu Blinding Lights, który ujrzał światło dzienne w listopadzie 2019 r., zanim jeszcze mogliśmy posłuchać płyty After Hours. Bez wątpienia już wtedy dało się wyczuć nostalgiczną aurę, jaką zamierza stworzyć na nowym albumie Abel Tesfaye. Piosenka rozpoczyna się charakterystycznym dla lat 80. riffem na elektronicznych klawiszach, co budzi skojarzenia z takimi zespołami jak A-ha czy Modern Talking. Połączenie tej sekwencji dźwięków z kojącym wokalem daje nam efekt, o którym wspomina większość internautów – iluzji powrotu do ostatnich dwóch dekad XX w., 8-bitowych gier komputerowych oraz samotnych, nocnych przejażdżek autem z grającą w tle muzyką z kaset.
Cały album The Weeknda konsekwentnie podtrzymuje poczucie izolacji i chęć ucieczki w oniryczny świat. Najbardziej odczuwalne jest to w tytułowym After Hours, gdzie podmiot uzewnętrznia swoje zmęczenie otaczającym go światem i próbuje się od niego oderwać, chowając się w marzeniach sennych. Jest to jeden z najbardziej niepokojących kawałków, także ze względu na instrumentalne przerwy, które sprawiają, że chciałoby się przykryć kołdrą i nigdy nie wychodzić z domu. Podobne motywy dostrzec można w Alone Again, które zawiera elementy przypominające te z intro serialu Stranger Things, a w którym podmiot upomina się o swoje „ja”, skrywane pod maską.
Na płycie znajdziemy także utwory, które tętnią nocnym, klubowym życiem i idealnie wpasują się w gusta studentów, chcących odpocząć od nauki. Escape From LA, Heartless, In Your Eyes, Save Your Tears – właśnie te pozycje pozwolą Wam wrócić do nostalgicznych lat 80. Właśnie tutaj będziecie mogli przyznać rację autorom komentarzy do Blinding Lights i zapomnieć o stresie dni codziennych.
Całe After Hours kreuje obraz Abela przepełnionego tęsknotą, goryczą i pustką. Jest to z pewnością inna persona od tej, którą odnajdziemy w Starboy. Widać tutaj drogę, którą przechodzi znaczna większość muzyków – zaczynają od prób stworzenia wizerunku, przechodzą przez fascynację wzrastającą popularnością, kończą na zmęczeniu światem zewnętrznym, zagubieniu i finalnej ucieczce do nieosiągalnego, przez narkotyki i sen.

Ocena: 4/5

 

 

 

Dua Lipa – Future Nostalgia

 

Autorka: Alicja Surmiak

Kiedy trzy lata temu Dua Lipa zadebiutowała swoim imiennym krążkiem, nawet w najmniejszym stopniu nie przypuszczałam, że jego następca będzie jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie popowych pozycji 2020 r. Tymczasem każdy kolejny singiel zapowiadający ten album sprawiał, że należało odrzucić wcześniejsze uprzedzenia. Zaczynając od funkującego Don’t Start Now, poprzez zadziorne, tytułowe Future Nostalgia i proste, lecz porywające Physical, kończąc na wracającym do funkowych klimatów Break My Heart – ciekawość, czy artystka rzeczywiście będzie w stanie utrzymać taki poziom na całej płycie, rosła. Gdyby tak się nie stało, zawód byłby ogromny. Jednak Future Nostalgia rzeczywiście okazuje się tym, co zapowiadały single – taneczną, kosmiczną podróżą do przełomu lat 80. i 90. Te inspiracje poprzednimi dekadami najbardziej wyraźne są w syntezatorowym Levitating, wykorzystującym pewne elementy charakterystyczne dla space popu, oraz Love Again, w którym fenomenalnym rozwiązaniem okazało się wykorzystanie sampli z Your Woman grupy White Town. Jednym z najmocniejszych punktów jest też oszczędne, ale bardzo udane, basowe Pretty Please. Broni się także energiczne, ale surowe, oparte na jednolitym bicie Hallucinate i nieprzekombinowane Cool. Dwie ostatnie pozycje niestety odstają od innych utworów. Good In Bed utrzymano w retro-aranżacji, ale całość, choć przyjemna, nie przedstawia się szczególnie oryginalnie. Wciąż jednak wypada lepiej, niż zamykająca tę płytę, patetyczna ballada Boys Will Be Boys, będąca w moim odczuciu najmniej wyrazistym momentem krążka. Nie zmienia to jednak faktu, że Future Nostalgia jako całość zupełnie nie jest powodem do wstydu – Dua Lipa nadaje nową jakość temu, co najlepsze z minionych dekad, umiejętnie łączy to z możliwościami współczesnej muzyki i ostatecznie daje dowód na to, że dance pop może być przyzwoity.

Ocena: 3,5/5

 

 

 

The Strokes – The New Abnormal

 

Autor: Michał Wrzosek

Zdawać by się mogło, że trwający od kilku lat trend wykorzystywania w muzyce popularnej nostalgii za latami 80. ubiegłego wieku, osiąga właśnie swe apogeum. Kilka pierwszych przykładów z brzegu – na scenie mainstreamowej królują ostatnio The Weeknd, Dua Lipa czy Tame Impala, których nowe wydawnictwa przesiąknięte są estetyką nawiązującą do tego okresu. Teraz przyszła kolej na The Strokes wraz z ich albumem The New Abnormal.
Choć nowojorskiej grupie nieobcy jest „revival” (w końcu na swoich wczesnych płytach przywracali do życia garage rock), po raz pierwszy weszli tak mocno w stylistykę do tej pory obecną jedynie w pojedynczych utworach ich autorstwa. W przypadku niektórych piosenek można odnieść wrażenie, że obcuje się z twórczością innych projektów Juliana Casablancasa – Eternal Summer brzmi jak młodszy brat Instant Crush nagrany z Daft Punk, a At the Door przywołuje solowe dokonania wokalisty. Zaraz potem zespół przypomina nam jednak o swoim sygnaturowym brzmieniu – niestety wykorzystanym w tych mniej zapadających w pamięć piosenkach. Przez tę przytłaczającą, niezbyt odkrywczą “ejtisowość” i przesyt ówczesnej estetyki w dzisiejszym popie, album zdecydowanie bardziej wyróżnia się w kontekście całej twórczości The Strokes niż dzisiejszego rynku nowych wydawnictw.
Jest to w zasadzie jedyne, co mogę zarzucić The New Abnormal. Płyty słucha się naprawdę dobrze, choć zawiedzeni mogą być ci, którzy oczekiwali od niej energetycznych, gitarowych bangerów. Oprócz synthrockowego Brooklyn Bridge to Chorus oraz pożyczającego melodię od Billy’ego Idola Bad Decisions, piosenki są stosunkowo spokojne i powolne, a teksty często refleksyjne. Najciekawszym utworem jest At the Door, do którego został ponadto nakręcony interesujący kreskówkowy teledysk. Warto również zwrócić uwagę na powtarzający się motyw drzwi, ładne partie gitarowe oraz kilkukrotnie użyty przez Casablancasa falset. Choć po pierwszym przesłuchaniu skłaniałem się ku ocenie albumu na cztery magle, dam mu jednak bardziej zachowawcze trzy i pół – niech tę notę zweryfikuje czas.

Ocena: 3,5/5