Muzyka spoza środka

Jest muzyka poważna i muzyka rozrywkowa. Jest też outsider music – muzyka odludków, dziwaków i ludzi cierpiących na zaburzenia. Zupełnie niepoważna – a może właśnie najbardziej poważna ze wszystkich?

Autor: Marek Kawka

Pojęcie muzyka outsiderska powstało analogicznie do sztuki naiwnej, nazywanej też art brut. Wydaje się jednak, że w przypadku sztuk plastycznych klasyfikacja ta jest mniej problematyczna niż w muzyce – jest bowiem warunkowana brakiem pewnego zbioru umiejętności, najczęściej potwierdzonych stosownym wykształceniem. Tworzenie muzyki od dziesięcioleci ulega zaś coraz większej demokratyzacji. W związku z tym mówi się, że outsider music to twórczość osób doświadczonych problemami natury psychicznej bądź zaburzeniami rozwojowymi. Taka definicja budzi jednak wątpliwości – przecież wielu artystów, także bardzo cenionych i popularnych, boryka się ze schizofrenią czy innymi dolegliwościami psychicznymi.

Twórca terminu, radiowy DJ Irwin Chusid, wyróżnił dwie cechy outsider music – szczerość i brak świadomości własnych braków. Co jednak z twórczością takich artystów jak Jandek czy Daniel Johnston, którym przypina się tę etykietkę, chociaż są cenieni przez krytyków, współpracują z innymi artystami scen niezależnych i wywierają na nich jak najbardziej poważny wpływ? Czegóż im brakuje? Wygląda na to, że definicje tylko zaciemniają obraz.

Jedno można stwierdzić na pewno – podstawową różnicą pomiędzy nawet najgorszą muzyką outsiderską a muzyką po prostu złą jest intencja. Y. Bhekhirst, Jandek czy Wiesław Miernik są stuprocentowo szczerzy – kierują się potrzebą przekazania czegoś światu albo czystą, platoniczną i nieodwzajemnioną miłością do muzyki. Rezultat ich pracy tak się ma do niskojakościowego popu czy rapu, jak The Room Tommy’ego Wiseau do Kac Wawy. Z pewnością czynnikiem wzmagającym fascynację jest też aura tajemniczości zazwyczaj towarzysząca twórcom muzyki outsiderskiej. Często ukrywają oni swoją tożsamość w gąszczu pseudonimów, tropów i zmyłek, co zaciąga słuchaczy do internetowych króliczych nor, gdzie mają nadzieję odkryć prawdę na temat swojego idola.

Skwar na Okęciu

Pod koniec lat 80. nowojorskie sklepy płytowe nawiedzał pewien jegomość. W każdym z nich bez słowa zostawiał kasetę magnetofonową, po czym natychmiast wychodził. Kaseta, podpisana enigmatycznym nazwiskiem Y. Bhekhirst, nosiła tytuł Hot in the Airport. Jeśli któryś ze sprzedawców postanowił ją włączyć, zapewne doznał dużego szoku.

Hot in the Airport to bowiem trwająca 43 minuty dekonstrukcja popu, jaki znamy. Dodajmy, że prawdopodobnie niezamierzona dekonstrukcja. Kryptyczne, ale i dotykające codzienności teksty niemiłosiernie fałszowane przez Bhekhirsta obdarzonego mocnym latynoskim akcentem. Nowofalowe brzmienie gitary, basu i perkusji, które nie słyszały nigdy słowa „metrum”. Wreszcie niezwykła, amorficzna struktura, w której zwrotki, refreny, mostki, a nawet solówki mieszają się w przerażającą breję, a jeden z utworów w połowie zaczyna się od nowa. Może brzmi odrzucająco, ale naprawdę warto tego posłuchać – nie ma chyba innej płyty, która tak zbliżałaby się do akceptowalnej muzyki popowej i jednocześnie krążyła po zupełnie innej orbicie.

Trudno powiedzieć, czy Bhekhirst chciał stworzyć dzieło awangardowe, ożywiające no wave w jeszcze bardziej chaotycznej formie, czy też nagrać sympatyczny album popowy (najbardziej wyszlifowany i najbliższy popowej słuchalności jest utwór tytułowy, wydany także jako singiel). W każdym razie, od kiedy w połowie lat 90. wspomniany wcześniej Chusid odkrył Hot in the Airport, na forach internetowych trwają dyskusje na temat płyty i jej autora (bądź autorów – niektórzy twierdzą, że w części utworów słychać grę kilku muzyków, a nie nakładane na siebie kolejne ścieżki zagrane przez Bhekhirsta). Sam Bhekhirst to prawdopodobnie pseudonim niejakiego Joségo Díaza Guzmána, Peruwiańczyka (dawniej zamieszkującego podnowojorskie miasteczko New Hyde Park), który posiada prawa autorskie do Hot in the Airport oraz szeregu innych, nigdy nieodkrytych wydań. Nikomu jednak nie udało się skontaktować z samym Díazem, nieznane pozostają więc jego motywacje i okoliczności towarzyszące nagraniu płyty.

Opuszcza cię schizofrenia

Najbardziej znanym polskim muzykiem-outsiderem jest prawdopodobnie Wiesław Miernik. Mieszkaniec świętokrzyskiego Suchedniowa zajmuje się działalnością muzyczną po godzinach – jego główne zajęcie to sprzedaż leczniczych wisiorków z Buddą. Mistyczną stronę ludzkiej natury reprezentuje też duża część jego bogatej twórczości, zamieszczanej na portalu YouTube. Miernik chwali się swoimi leczniczymi zdolnościami, porusza kwestię filozofii buddyjskiej, śpiewa też o miłości, a zwłaszcza o seksie.

Ta tematyka pojawia się w największym hicie białowłosego barda – Wieczornych telefonach. Utwór, z naprawdę chwytliwym refrenem, wielokrotnie był coverowany przez zespoły spod znaku rockowego pazura i mocnego brzmienia, które pozbawiają kompozycję całego uroku. Warto posłuchać, zwłaszcza że Miernik jest perfekcjonistą, który, niczym Kanye West, wielokrotnie poprawia swoje piosenki, wrzuca ich nowe wersje, usuwając stare, więc interesujące nas nagranie może przepaść w odmętach internetu.

Trzeba też wspomnieć o warstwie instrumentalnej twórczości suchedniowskiego muzyka. Część utworów, jak wspomniane Wieczorne telefony, prawdopodobnie opiera się na generycznych, darmowych ścieżkach ściągniętych z internetu. Z kolei Cztery szlachetne prawdy czy Odzienie to zapewne oryginalna produkcja Miernika – amalgamat syntezatorowych brzdęków i buczeń oraz zaskakującej elektronicznej perkusji. Na szczególną uwagę zasługuje gotyckie wręcz Nie opłacę prostytucji.

Polską mowę reprezentują też (choć przebywają na emigracji) dwie artystki: Dorota Lopatynska de Slepowron i Aldona Orłowska. Ta pierwsza, mieszkająca w Wielkiej Brytanii malarka, aktorka, modelka i projektantka, czuje się najlepiej w klimatach przedwojennych. Jej covery piosenek kabaretowych (z czasów, kiedy to słowo nie kojarzyło się jeszcze z chłopem przebranym za babę przebraną za księdza) oglądane są, przynajmniej według niej, miliony razy. Lopatynska de Slepowron uważa bowiem, że jest ofiarą niefrasobliwości lub też oszustwa YouTube’a, który wyświetla pod jej filmami liczby wyświetleń setki razy mniejsze niż rzeczywiste.

Obdarzona potężnym głosem Aldona Orłowska jest z kolei mieszkanką Szwecji. Za pośrednictwem kanału na YouTubie możemy się zapoznać z jej twórczością, niezmiennie w formie teledysku, który przypomina rodzinny filmik z wakacji. Na szczególną uwagę zasługuje warstwa instrumentalna, za którą odpowiada mąż artystki, Eugeniusz Polok. Czerpie ona z najlepszych tradycji synthpopu i eurodance, czasem można też usłyszeć prawdziwy rarytas – trąbkę lub wokale Poloka. 72-letnia Orłowska najczęściej śpiewa na temat, o którym muzyka popularna przelała już morze słów, czyli o miłości. W ten sposób łamie tabu dotyczące osób starszych. Wraz z mężem wystąpiła m.in. w warszawskim klubie przy ulicy Jasnej 1, co potwierdza jej kultowy status na polskiej scenie internetowej.

A na końcu – prawdziwa miłość

Na poletku muzyki outsiderskiej panuje olbrzymia różnorodność. Wiele dzieli The Shaggs, trio nastoletnich sióstr stworzone przez ojca w celu wypełnienia przepowiedni wyczytanej z dłoni przez jego matkę, od Daniela Johnstona – niedawno zmarłego songwritera o olbrzymiej wrażliwości i dużym talencie. Różna jest też ilość pozostawionego przez nich materiału. Od Farry Abraham, uczestniczki Teen Mom, zatopionej w autotune przez całą długość trwania swojej jedynej płyty, do której wokale nagrała nie słysząc podkładów, aż po Jandeka – twórcy ponad stu albumów z mrocznym, atonalnym folkiem, otoczonego do niedawna aurą zupełnej tajemnicy. Do każdego z nagrań warto jednak podejść z czymś więcej niż drwiną. Są one wyrazem bólu, pragnień, emocji, może różnych od tych zazwyczaj prezentowanych w muzyce popularnej, ale bardzo prawdziwych i powszechnych.

Pod tym linkiem przygotowana przez autora playlista prezentująca wybrane utwory zaliczane do outsider music.